Zabłąkane dusze. II

Pierwszymi gośćmi przybyłymi na przyjęcie byli Minako i jej mąż, Saitou; wysoki i mocno zbudowany, z torbą lodu pod każdym ramieniem.
– Gdzie masz zamrażarkę? – zapytał, udając, że trzęsie się z zimna. – Skostniałem.
– Koło lodówki – pokazała mu Usagi. Wzięła półmisek z przystawkami, przyniesiony przez przyjaciółkę, i postawiła na stole w aneksie jadalnym. – Mako- chan obiecała do dekoracji stołu kwiaty ze swego ogrodu- powiedziała Usagi.
– Mam nadzieję, że pojawi się tu trochę przed innymi, bo stół wygląda okropnie goło.
– Kto? Kto wygląda goło? – dopytywał się Saitou, wychodząc z kuchni. – Czy będzie różowy balecik?
– Tylko jedno mu w głowie. – Minako wzniosła oczy w górę.
– Tak, tak, tak. – Białowłosy złapał ją od tyłu i ze sceniczną przesadą zaczął głośno całować w kark. Minako, śmiejąc się, usiłowała wyrwać się z jego objęć.
– Zachowuj się przyzwoicie. Obiecałam pomóc Usagi- chan. Co rozkażesz? – spytała, zwracając się do przyjaciółki. – Ten tu siłacz będzie robił za fizycznego, a ja zajmę się pracą koncepcyjną.
– Trzeba zapalić świece. To fizyczne czy koncepcyjne?
Minako pchnęła męża na kanapę.
– Siadaj, siłaczu. Poradzę sobie z tym.
– Zapal wszystkie świece, jakie znajdziesz – powiedziała Usagi, rzucając jej zapałki.
– Hej – wykrzyknęła Minako w chwilę później – czy wiesz, że w tym kącie wieje? Świeca ciągle gaśnie. Popatrz. – Zapaliła świecę, ale płomień zatańczył i zgasł. – Próbowałam już kilka razy.
– Całkiem mocno ciągnie – zauważył Saitou.
– Tak mi się wydawało, że ten kąt jest chłodny – potwierdziła Usagi. – Zgłoszę to w dziale technicznym.
– Mówiąc o dziale technicznym… Czy zaprosiłaś Chiba- san na dzisiejsze przyjęcie?
– Miałam zamiar to zrobić, jeśli go spotkam. Ale nie spotkałam, więc… – Z irytacją wpatrywała się w świecę.- W tym kącie potrzeba światła. – Wskazała na stojącą na bufecie lampę sztormową. – Można ją postawić, czy jest za wielka?
– Moim zdaniem jest w porządku – ocenił Saitou, gdy lampa znalazła się na miejscu.
– Moim też – przytaknęła Minako, z podziwem oglądając lampę. – Chyba jest bardzo stara?
– Nie pokazywałam jej żadnemu znawcy antyków- odpowiedziała Usagi. – Znalazłam ją na strychu babci.
Rozległ się dzwonek u drzwi. Gospodyni otworzyła i ujrzała przed sobą dwa ogromne bukiety purpurowych i różowych kwiatów.
– Mako- chan! – wykrzyknęła, odsuwając się, by jej gość mógł wejść. – Róże! I wistaria! Cudownie! Spójrz, Mina, Mako- chan przyniosła wistarię. Pewnie czujesz jej zapach nawet tam.
– Och, tak – potwierdziła złotowłosa. – Jak winogro­na… – przerwała nagle, wpatrzona w kwiaty. Zbladła, jej uśmiech zgasł, a usta się otworzyły. Wstrząsnął nią wyraźny dreszcz. Saitou poderwał się z kanapy i schwycił żonę w ra­miona. Minako podniosła dłoń do czoła i potrząsnęła niepewnie głową. Kolory powróciły jej na twarz tak szybko, jakby ktoś nalewał czerwonego wina do kryształowego kieliszka. Wciąż przyciskając dłonie do skroni, spojrzała na troje wpatrzonych w nią ludzi.
– Już… już dobrze – wyjąkała. – Poczułam… Nie wiem… przez chwilę dziwnie się poczułam. Znacie wyrażenie, że śmierć przeszła obok? No właśnie, coś takiego poczułam. – Zaśmiała się cicho. – Nie słuchajcie mnie, opowiadam jakieś makabreski.
– Może jesteś w ciąży? – zażartowała Makoto, ale nie rozluźniło to atmosfery.
– Chyba trochę przemarzła – powiedział Saitou.
– Zabierz ją z tego przeciągu. Połóż się na chwilę na kanapie, Mina- poradziła Usagi. Kątem oka zauważyła, że Makoto wciąż trzyma oba bukiety.
– Och, przepraszam cię, nie chciałam cię tak zostawić z pełnymi rękoma. Pozwól, wezmę od ciebie kwiaty. Wistaria znakomicie będzie wyglądać na stole w jadalni, a róże postawimy na tym niskim stoliku. Może chłodny powiew przedłuży im życie.
Purpurowe kwiaty wistarii spłynęły na stół z pękate­ go wazonu, odcinając się od białego obrusa.
– Są cudowne. – Podziękowała Makoto.- Uwielbiam wistarię.
– Kupiłam parę sadzonek, dwa lata temu w sklepie ogrodniczym – rzekła brunetka. – Chuchałam na nią i dmuchałam, żeby ładnie rosła, aż w końcu obrosła mi dom tak, że okien nie widać. W samochodzie mam dla ciebie ukorzenione sadzonki – zwróciła się do Usagi. -Mówię o tym teraz, bo potem będziesz otwierać prezenty, a ja swego nie mogłam elegancko zapakować.
– Jak to miło z twojej strony. Myślałam o tym, żeby z tyłu domu posadzić coś kolorowego. Czy wistaria oplecie mi płot?
Zanim Makoto zdążyła odpowiedzieć, dzwonek przy drzwiach rozbrzmiał ponownie. Przyszedł Seinosuke Ikina, dyrektor szkoły. Ikina wyglądał jak cherubinek. Wszystko w nim było trochę okrągłe: łysiejąca głowa, rumiane policzki, pulchne dłonie, wystający brzuszek. Dyrektor wetknął Usagi w dłonie paczkę w kształcie polówki piłki do rugby.
– Nasz najmłodszy rozchorował się i Otsu- chan nie chciała go zostawiać samego, ale upiekła na przyjęcie ciasto.
Przykryte kolorową ściereczką ciasto był jeszcze ciepłe i pachniało miodem.
– Jak to miło z jej strony – powiedziała Usagi.- Dziękuję.
I znowu dzwonek przerwał rozmowę, a po chwili zadzwonił znowu i przez jakiś czas odzywał się nieustannie. Napływali goście: przyjaciółki, koledzy na­uczyciele ze szkoły, dawni sąsiedzi i znajomi. Usiedli razem do stołu, aby zjeść i napić się, potem rozmawiali i śmiali się. Usagi, ubrana w sukienkę w kolorze pudrowego różu, z jasnymi lokami, które opadały kaskadą na jej plecy, znakomicie grała rolę gospodyni, kręcąc się między gośćmi, rozmawia­jąc, napełniając wiaderka lodem i z zadowoleniem wysłuchując pochwał na temat domu.
– Podobno ma pani stare drzewo na podwórku- powiedział Seinosuke, gdy Usagi zawijała w kuchni resztę ciasta.
– To miłorząb – odpowiedziała. – Kosztował mnie do­datkowo pięćset jenów, ale ponieważ pierwsza wpła­ta pochodziła ze sprzedaży domu mojej babci, a że była człowiekiem kochającym przyrodę, to uznałam, że cieszyłaby się z drzewa.
– Zapewne, jest to sposób na uczczenie jej pamię­ci – przytaknął mężczyzna.
– Chciałabym zawiesić tam huśtającą się ławkę, ale nie wiem, czy najniższe gałęzie są dość proste.
– Może rzucę okiem? – zaproponował Seinosuke.- Wieszałem taką ławkę u siebie, na tyłach domu.
– Świetnie, możemy zaraz sprawdzić. – Ucieszyła się blondynka.
Skierowała się do drzwi, mężczyzna podążył za nią dokonać oględzin.
– Tak – pokiwał głową. – Wygląda na to, że da się…
Oboje zamarli. Z domu dochodziła muzyka, przyja­ciele i współpracownicy Usagi gawędzili, pili, jedli i śmiali się głośno. Ale na zewnątrz zapadła niesamowi­ta cisza. Powietrze stało się ciężkie i duszne. Usagi zapomniała o oddychaniu i tylko wpatrywała się z osłupieniem w postać wiszącą na gałęzi, na której chwilę przedtem nic nie było. Znikąd powiał wiatr i postać zakołysała się, by po chwili znieruchomieć, z głową opadającą jak u szmacianej lalki. Usagi gwałtownie wciągnęła powietrze i był to jedyny dźwięk, który przerwał straszną ciszę. Jak zahipnotyzowana postąpiła naprzód i dostrzegła twarz zjawy: straszną, odrażającą twarz, zniekształ­coną przez agonię. Chciała odwrócić wzrok, ale nie mogła. Musiała patrzeć, jak powieki zjawy uniosły się, ukazując puste oczodoły, a zeschłe wargi poru­szyły, jakby usiłując sformułować jakieś słowa. Od­raza wywołała mdłości, ale nie czuła strachu, a jedynie ogromne współczucie dla przerażającej po­staci, niewytłumaczalną potrzebę ulżenia jej w cier­pieniu. Uniosła rękę i wyciągnęła dłoń, robiąc ruch, jakby chciała podejść bliżej, ale w tym momencie Seinosuke dotknął jej ramienia i postać zniknęła. Gdzieś w oddali zawył pies, gwałtownie przerywa­jąc niesamowitą ciszę. Przez dłuższą chwilę stali oniemia­li, usiłując dojść do siebie. Powoli wracała im zdolność myślenia, ale nie spokój. Usagi nie zdawała sobie sprawy, że płacze, ale na jej policzkach widniały mokre ślady łez.
– Czy pan też to widział? – zapytała drżącym głosem.
Jowialność mężczyzny zniknęła. Wyglądał teraz jak bardzo stary i straszliwie przerażony człowiek. Jego
zazwyczaj różowa twarz była blada, a głos zniżył się do szeptu.
– Widziałem.
– Co? J-jak?
– Nie wiem. – Objął głowę dłońmi i kiwał się rytmicznie, powtarzając to zdanie kilkakrotnie pus­tym, bezdźwięcznym głosem. Usagi wydawało się przez chwilę, że zaraz się rozpłacze.
– Potrzebował pomocy -stwierdziła, podnosząc wzrok na Seinosuke. – Czy pan też to czuł? Prosił o pomoc.
– To nie było… nie mogło być… prawdziwe. On… to… To był tylko wytwór naszej wyobraźni.
Usagi objęła się ramionami. Było jej zimno i niedobrze.
– Było prawdziwe. Ta twarz… ta straszna, umęczo­na twarz…
– Nie! – przerwał ostro. – To nie było prawdziwe i nie wolno nam ulec pokusie i uwierzyć, że było.
– Ale…
– Nie było prawdziwe. – Mówił surowo, niemal rozkazująco.
– Jeśli to… on… nie był prawdziwy, to jakim cudem zobaczyliśmy go oboje równocześnie?
Złapał ją za ramiona.
– Tsukino- san, nie wolno nam nikomu o tym mówić – powiedział z naciskiem. – To może być, i pewnie jest, jakiś okrutny dowcip. Nie wolno nam nic o tym mówić, póki nie dowiemy się, z czym tu mamy do czynienia.
Wyczuła rozpacz w jego naleganiu, wciągnęła po­wietrze i zmusiła się, by opanować drżenie.
– Dobrze. W porządku – zgodziła się. – Poczeka­my.
Kilka minut stali, patrząc na siebie w milczeniu.
– Musimy wracać – powiedział w końcu.- Nie jest pani słabo?
– Nie, wszystko w porządku – stwierdziła napię­tym głosem, wycierając oczy dłonią i wcale nie czując się w porządku.
W domu zmusiła się do uśmiechu i pomaszerowała prosto do łazienki. Makijaż nie był specjalnie rozmazany, przetarła więc tylko twarz wilgotnym ręcznikiem. Wciąż z przyklejonym na twarzy uśmiechem prze­szła przez wypełniony gośćmi pokój do kuchni, gdzie nalała sobie szklankę wina i wypiła jednym haustem, po czym napełniła ją jeszcze raz i wyszła z powrotem do gości. Uśmiechała się i rozmawiała, ale wewnątrz czuła narastającą panikę. Seinosuke wyszedł pierwszy.
– Obiecałem Otsu- chan wrócić wcześniej – powiedział.
Nauczyciel muzyki ze szkoły przyniósł z samochodu gitarę i szykował się, by poprowadzić śpiew. Usagi usiadła razem z innymi na podłodze, ale ruszała tylko ustami, niezdolna wydobyć z siebie głosu. Na szczęście inni śpiewali głośno i nikt tego nie zauważył. Przyjęcie skończyło się dobrze po pierwszej w nocy. Gdy tylko ostatni gość zniknął za drzwiami, Usagi poczuła nowy przypływ paniki. Wiedziała, że nie uda jej się zasnąć, napełniła więc wannę gorącą wodą i moczyła się przez godzinę, płacząc, trzęsąc się, walcząc z chęcią głośnego krzyku. Skończyła butelkę wina pozostałą po przyjęciu, ale w dalszym ciągu nie była w stanie zasnąć. Obraz tamtej strasznej, żałosnej twarzy zbyt żywo stał jej przed oczyma. Pod wpływem impulsu rozchyliła żaluzje tak, by z łóżka widzieć wielki miłorząb. Wpatrywała się w niego aż do świtu, ale widziała jedynie pokręcone konary, ruszające się od czasu do czasu w podmuchach wiatru.

***

Tokio, 1945
Cienka, czarna woalka na kapeluszu Mitsuko porusza­ła się na lekkim wietrze. Mitsuko siedziała na trybunie, czekając na pochód z okazji zwycięstwa. W ciemnym kostiumie, białej bluzce i czarnej apaszce wyglądała tak samo dostojnie, jak otaczający ją dygnitarze. Postawny burmistrz po jej prawej ręce i komendant po lewej przytłaczali ją nieco, ale w ciągu trzech lat, które upłynęły od śmierci jej ojca, przestała czuć zażenowanie z powodu faktu, że jest najmniejszą, najmłodszą i jedyną kobietą wśród rządzącej elity. Ojciec zostawił jej dwupiętrowy dom, kilka dobrze prosperujących przedsiębiorstw oraz prezesurę Banku Głównego: zabezpieczenie finansowe, pozycję społeczną i niemal wszechmocną władzę w społeczności. Siedząc na twardym krześle na trybunie, czuła się dziwnie odcięta od świętujących tłumów. W przypływie zazdrości zauważyła, że prawie każda kobieta w jej wieku była uczepiona ramienia jakiegoś żołnierza, który właśnie wrócił z wojny. Szczerze przyznała się przed sobą do zawiści. Ostatnio czuła się bardziej instytucją niż człowiekiem, więc z radością odkrywała w sobie ludzkie uczucia, nawet te niezbyt szlachetne. Zauważyła pary, które na nic i na nikogo innego nie zwracały uwagi. Przelotnie zastanowiła się, czy Kazuma wrócił już do domu, a jeśli tak, to gdzie i z kim spędza ten dzień. Miała tylko jedno, zamazane zdjęcie swego wojennego, korespondencyj­nego przyjaciela. Wyglądał na nim sympatycznie. Burmistrz wszedł na mównicę, ale nie słu­chała banalnego przemówienia o dzielnych synach, którzy przelewali krew za ojczyznę. Jej myśli krążyły wokół mężczyny. Dawniej miała nadzieję, że z czystej cieka­wości spróbuje ją odnaleźć i przyjedzie, by ją poznać. Teraz uznała, że zbytnio dała się ponieść fantazji. Dołeczki w jej policzkach pogłębiły się, gdy zacisnęła usta, by nie wybuchnąć ironicznym śmiechem. Prezes banku snujący romantyczne fantazje o jakimś wojennym bohaterze w mundurze piechoty morskiej! Gdyby jej klienci dowiedzieli się o marze­niach pani prezes, na pewno przenieśliby swoje konta gdzie indziej!