Dzika Orchidea. VII

To już ostatni rozdział Dzikiej Orchidei. Zdałam sobie sprawę, że stworzyłam jakiś psychodeliczny dramat, więc lepiej go zakończyć, bo boję się, że ja sobie też coś zrobię np. wyrwę paznokcia. 😀

PS. Ostrzegam, że rozdział posiada wulgarne słownictwo oraz w większości występuje w nim Mamoru. 😀

~

Mieszkanie było upiornie puste. Księżyc rzucał długie cienie, pragnąc wedrzeć się przez wysokie okna w salonie. Przystojny brunet wyciągnął się wygodnie w fotelu. Mógłby przysiąc, że nie czuje się zmęczony, choć spędzał na dyżurach całe dnie. Dłoń niemal samowolnie zawędrowała do kieszeni spodni. Pierścionek zaręczynowy wciąż tam był. Mężczyzna zadrżał mimo, że wieczór był przyjemny, a wiatr niesiony ulicami miasta coraz gorętszy.

– Przepadło.- Oznajmił chrapliwie, gdy obracał w palcach biżuterie.- Wszystko przepadło.

Czerwony notatnik, należący niegdyś do narzeczonej leżał otwarty na stoliku. Nie dowiedział się kim był nieznajomy, który impertynencko wdarł się z buciorami w ich związek. Jednak, gdy tylko… na samą myśl silnie zacisnął palce na kieliszku. Poczuł, jak w sercu pęka i kruszy się nadzieja. Z ust wydobył się ni to szloch, ni to śmiech. Kolejny raz od pogrzebu zdał sobie sprawę, że cokolwiek by nie uczynił, ona nie wróci. Został sam. Całe lata patrząc na nią, myślał jak bardzo jest z nim szczęśliwa. Teraz wszystko okazało się iluzją. Chyba… Obraz ostrożnie układanego ciała na noszach wracał, a on płakał z bólu i gniewu. Pomniejszona przez śmierć, przypominała mu dziecko. Jak to możliwe, że go zostawiła. Niebieskie oczy zaszły mgłą, zalśniły w nich krople łez. Zanurzył usta w kieliszku alkoholu. W gardle zapiekła whisky, a brunet powoli odzyskiwał ostrość widzenia. Świeca zapalona na wiśniowej komodzie przykuła chwilowo uwagę. Płomień przygasał. „Kocham Cię”, były ostatnimi słowami Usagi, jakie słyszał. Zaraz potem dotarł do mężczyzny dźwięk telefonu. Nie miał zamiaru odbierać. Włączyła się automatyczna sekretarka:

– Hej tu mieszkanie przyszłych państwa Chiba. Jeśli nie odbieramy to znak, że znowu jest tylko praca, praca oraz oczywiście… praca. Zostaw wiadomość.- Dlaczego nie zmienił tego cholernego nagrania? Uderzył szklanką w oparcie fotela. Kilka kropel whisky zbryzgało drewnianą podłogę. Po sygnale rozległ się dobrze znany mu głos:

– Tu.. ,to ja. Co się dzieje? Nie odbierasz moich telefonów.- Mamoru zmarszczył brwi oszołomiony.- Ja… tęsknie. Dlaczego tak mnie ranisz?- wychrypiał.- Kocham Cię.

Dźwięk kończący nagranie wiadomości zagłuszył brzęk tuczonego szkła.

~

Miesiąc temu przyjechali na pogrzeb; Mamoru wrócił potem do pracy, a wszyscy starali na siłę pomóc. Nie miał nic, nikomu do powiedzenia. To szpital stał się jego domem. Sprawiał wrażenie beznadziejnie wyczerpanego. Nic nie mówił, nie jadł, często siedział i patrzył przed siebie. Od czasu do czasu ktoś dzwonił, przychodził, ale nawet to nie pomagało. To już miesiąc, powtórzył. Najdłuższy, najmroczniejszy w jego trzydziestodwuletnim życiu. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi. Wyglądało jakby nad miastem płonęły dwa słońca. Jedno zachodziło, ciągnąc za sobą różowe, żółte i złote wstęgi blasku. Drugie- gorejące w szklanych ścianach, wbijało się w nie- wyczarowując na wysokich wieżowcach nieziemski spektakl.

Wszyscy mają jakieś tajemnice. Wszystkich coś dręczy. Upiorne widma przeszłości, najprawdziwsze duchy ciągle nas prześladują. Widok bezwładnego, nagiego ciała ukochanej, które kołysał bez końca, wypaliło w duszy ogromną pustkę, którą nikt nie zapełni. Takich wspomnień nie uda się zakopać głęboko w pamięci, niezależnie jak bardzo tego pragniemy. Zdjęcie, które szepcze bez końca: Nie zapomnij o mnie. To złudzenie kiełkowało w nim od chwili odejścia Usagi. Oczywiście, że nie zapomni, była miłością jego życia. O takich rzeczach nie chce się zapomnieć. Choć minęło trochę czasu, niewiele lepiej czuł się dzisiejszego wieczoru.

– Nie możesz w ten sposób postępować, Mamoru- kun.- Powiedział Zoisite, lecz on spojrzał na niego wzrokiem bez wyrazu.

– Czemu nie?

– Bo twoje życie jeszcze się nie skończyło. Bez względu na to, jak ciężkie jest w tej chwili.

– Dlaczego, do cholery? Dlaczego nie ja zamiast niej?- Spytał gniewnie, a po chwili dodał z oczami pełnymi łez i zapatrzonym gdzieś wzrokiem:- Zwrócisz mi ją?

– Słuchaj, to co się wydarzyło jest straszne i nikt tego nie kwestionuje, ale nie masz chyba zamiaru egzystować pomiędzy szpitalem a… właściwie szpitalem?- Spytał blondyn ze smutnym uśmiechem. Mamoru spojrzał na niego z niedowierzaniem. Jak śmiał? Byli przyjaciółmi. Przypuszczał, że choć trochę go rozumie. Ciekawe jak on czułby, gdyby stracił Ami?

– Może…- zaczął niepewnie blondyn.- przyjdziesz na mecz. Później, jeśli chcesz pójdziemy zalać się w trupa.

– Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł.- Mruknął Mamoru.

– Lepszy od kolejnego samotnego weekendu, podczas którego będziesz się użalał nad sobą.

– Wiesz…- usta bruneta drżały.- dowiedziałeś się czegoś.- Zoisite nie bardzo rozumiał, o co chodziło. Brunet westchnął ciężko, ciągnąc dalej:- Dzwonił do mnie Diamond.

– A ten skąd ma twój numer?

– Pewnie Usagi- chan mu dała.- Wykrztusił wreszcie.

– Skąd Usa…- zaczął przyjaciel, nie bardzo rozumiejąc, jednak zaraz dodał:- To on?- Brunet jedynie kiwnął głową.

– Co masz teraz zamiar zrobić?- Spytał Zoisite.

– Muszę się z nim policzyć.- Wycharczał.

– A później? Co ci to da?

– Bóg jeden wie.

~

Kunzite usłyszał, jak zamykają się ciężkie drzwi, a potem zobaczył wchodzącego do środka Mamoru. Torba rzucona gdzieś z całej siły przed siebie uderzyła o ścianę.

– To co, gramy?- Spytał bez ogródek, patrząc znacząco na Zoisite. On pokręcił głową z dezaprobatą.

– Myślałem, że nie przyjdziesz. Jak się czujesz?- Białowłosy mężczyzna klepnął Mamoru w ramie.

– Zajebiście.- Wysyczał.

– Mamoru- kun…- Zoisite lekko się zjeżył.

– Gramy ten mecz czy nie?- Spytał krótkowłosy blondyn, nie bardzo świadom zaistniałego napięcia.

– Gramy.- Brunet warknął niskim, groźnym głosem, którego nie rozpoznałby żaden z jego przyjaciół. Jedynie co się liczyło to, że stał przed nim mężczyzna, który zabrał mu Usako.

– W tym składzie co zwykle.- Rzucił jeszcze długowłosy brunet. Piłka mocno odbiła się od parkietu. Kunzite zaczął biec z nią w stronę kosza. Mamoru nieprzerwanie obserwował Diamonda. Jeśli go dopadnie to połamie mu gnaty. Nie powstrzyma się, to było pewne. Zręcznie odebrał piłkę, zbliżając się do białowłosego. Czuł jak jego mięśnie się spięły. Gnida pozwoliła sobie ‘brudnymi’ łapskami dotykać jego narzeczonej. Kobiety, która była zajęta. Musiał o tym do cholery wiedzieć. Oczy bruneta momentalnie nabrały koloru burzliwego oceanu. Sięgając piłką torsu, mocno rzucił w prawy przegub mężczyzny. Diamond poczuł przenikliwy ból paraliżujący całe ramie. Wrzasnął i zatoczył się do tyłu, chwytając je dłonią. Piłka upadła, odbijając się powoli od podłogi.

– O kurwa!- Wrzasnął.

– Mamoru- kun!- Krzyknął Zoisite dobrze wiedząc, że ten się nie powstrzyma. Ciemnowłosy nie ukrywając rozwścieczenia, rzucił się na Diamonda przyciskając mocno do ściany.

– Ty sukinsynu! Zabije Cię!- Jęknął.

– Co się do cholery dzieje!?- Wrzasnął Kunzite.

– Nie mieszaj się.- Mruknął złowieszczo brunet.- Jaka była, co? Dobra?- Zwrócił się do jasnowłosego.

– Nie wiem, o co chodzi.- Odparł szczerze zdziwiony.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Jaka była?- Powtórzył dociskając mężczyznę do ściany.- Dobrze ją zerżnąłeś?

– Mamoru- kun opamiętaj się.- Wtrącił Zoisite. Jednak brunet nie wytrzymał. Z okrzykiem wściekłości uderzył Diamonda z całej siły w twarz. Z rozciętej wargi sączyły się kropelki krwi, a pulsowanie momentalnie zmieniło się w dotkliwy ból. Kunizite złapał Mamoru za ramie, odpychając.

– Uspokoisz się?!- Krzyknął wściekły.

– Bronisz go?!

– Jak mam go bronić skoro nawet nie wiem o co chodzi!- Oboje ciężko dyszeli. 

– Pieprzył ją!

– O czym ty mówisz?- Na sali zapanowała głucha cisza.

– Odebrał mi Usagi-chan, rozumiesz? To przez niego popełniła samobójstwo.- Wyszeptał, rozwierając i zaciskając dłonie.

– Usagi-chan nie żyje?- Spytał zdruzgotany Diamond.

– A co chciałeś ją jeszcze parę razy poobracać?!- Przez ułamek sekundy Mamoru myślał, że na niego natrze, lecz białowłosy jedynie warknął:

– Masz czelność tak o niej mówić twierdząc, że ją kochasz? Nic nie wiesz.- dodał po chwili spokojniej:- Naprawdę się zakochałem. Nigdy nie była dziewczyną na jedną noc, ona zawsze była moją damą.- Łapiąc torbę, ruszył szybkim krokiem w stronę wyjścia. Mamoru nawet nie śmiał go zatrzymywać.

Reklamy

10 thoughts on “Dzika Orchidea. VII

  1. Powiem szczerze… czuję niedosyt i bardzo bym chciała, zebyś może spróbowała dopisac coś do tego opowiadania 😀 A co do Mamoru to na poczatku było mi go żal ale na koniec to zaczęłam sie zastanawiać kto kochał Usagi bardziej… On czy Diamond. Pozdrawiam i niecierpliwie czekam na kolejny wpis 😀

  2. wow. pierwszy raz przeczytałam tak poważne opowiadanie. Jestem pod wrażeniem. w zasadzie to brakowało tej psychodeliczności (jeśli mogę to tak ująć :D) Chciałabym więcej takich opowiadań 😀 😀 😀

  3. a ja bardziej współczuję Diamandowi bo on nawet nie wiedział że Usa nie żyje i na prawdę ją kochał no i jest moim drugim po Seyi ulubieńcem pozdrawiam :))) { a i mam nadzieję że jeszcze napiszesz jakieś opowiadanie o U&D 🙂 }

  4. Ostatni rozdział??!! Został tylko epilog?? Chyba chcesz żebym się załamała?? Mam nadzieje że stworzysz kolejne wspaniałe opoko w stylu Dzikiej Orchidei.
    A co do rozdziału to był cudowny 🙂 ale Mamoru mógł bardziej zlać tyłek Diamandowi. Opisy super zresztą jak zwykle. Generałowie się pojawili 🙂 to wielka radość dla mnie. Szkoda mi Mamorka:( wiesz że jego najbardziej lubię z serii Sailor Moon.
    Życzę Ci dużo weny i czekam na kolejne opoko z generałami w roli głównej 😀 Pozdrawiam.

    1. Nie nie chce żebyś się załamała, absolutnie 😛 Po prostu to opowiadanie, które powstało w mojej głowie było bardzo mroczne i… chyba ten mrok właśnie mnie przytłoczył. Sądzę, że pora na coś weselszego. Nie wiem czy mi się to uda, bo tylko takie pomysły siedzą w mojej głowie… ale spróbujmy. 😀

  5. Dobrze, że umieściłaś ostrzeżenie, że w rozdziale będzie Mamoru:D Nie znoszę go, ale przeczytałam:D Właśnie ta mroczna aura, która panuje w tym klimacie mnie przyciągnęła, no i Diamand;) Uwielbiam go i z przyjemnością poczytałabym historie o nim i Usagi. Rozdział był super, ale mi własnie szkoda, że Usa nie była z Diamandem;)

  6. Dobrze, że dodasz jeszcze epilog, bo ja też czuję mały niedosyt, że to już koniec… Opowiadanie było super, a ten rozdział tak samo świetny jak pozostałe.
    Pozdrawiam i czekam na kolejne opowiadania 😀

  7. Czegoś mi brakuję w tym zakończeniu. Wszystko ładnie, pięknie ale jednak czegoś brak. Opowiadanie super ale mam nadzieję, że coś do tego opowiadania dopiszesz bo ta historia jest za dobra by tak ją zakończyć:) pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s