House of the rising sun. Prolog

Lubię dzieci. Dzieci są smaczne.

Hamilton Albert Fish

***

Niebo nad Tokio nabrało koloru krwi. Z początku sądzono, że przyczyną jest nieznany dotąd rodzaj toksycznych wyziewów. Że czerwony smog spowodowało zanieczyszczenie powietrza przez przemysł, na które nałożyły się szczególne warunki atmosferyczne. Porządny wiatr powinien rozwiązać problem. Wierzono, że to tylko kwestia czasu. Jednak czerwonokrwista chmura utrzymywała się na tyle długo, że zaczęła niepokoić naukowców. Może spowodowała ją niedawna katastrofa jądrowa, albo pożar poszycia leśnego tlącego się gdzieś poza ludzką kontrolą? A może była dziełem samego Boga?
Historycy również nie byli w stanie rozwiązać tej zagadki. Przypomnieli, że niebo czerwieniało już wcześniej. W piętnastym wieku we Francji, kiedy to Gilles de Retz podążał krwawym szlakiem od jednej wsi do drugiej; w Londynie, jesienią 1888 roku, gdy Kuba Rozpruwacz odbywał swe nocne spacery; i w Plainfield, gdzie Ed Gain polował na kobiety, aby zdzierać z nich skórę.
Powiało grozą. Wichry z Honsiu hulały po czerwonym niebie, niosąc ze sobą gorące, suche powietrze. Odnotowano trzykrotny wzrost liczby samobójstw. Później nadeszły niezliczone burze i ulice Tokio spłynęły deszczem. A w ciemnych, mokrych uliczkach pojawił się Lalkarz…Popłynęła krew. Tyle krwi, że nawet deszcz nie był w stanie jej spłukać.

***

Postanowiłam, że dokończę to opowiadanie. Porządnie, od początku do końca.
Komuś to zresztą kiedyś obiecałam 😉

Opublikowane przez

Nieznane's awatar

tsukinousako88

Kiedy odrywam się na krótką chwilę od prozy życia, uciekam w świat mangi i anime. :)

9 myśli w temacie “House of the rising sun. Prolog”

  1. Ale się cieszę 🙂

    A ja pamiętam wszystko doskonale, te ociekające krwią reklamówki i kolonie bakterii w mieszkaniu Mamoru 😉

    Btw, znam taki kawałek, że ,,there is a house in New Orleans, they call The Rising Sun, and it’s been the ruin of many poor boys…” Tytuł to nawiązanie do tego? 🙂 Bo tak mi się jakoś skojarzyło

    1. Ja też ją znam, jest jedną z moich ulubionych piosenek, ma to coś. Ostatnio puszczalam ją na okrągło o przypomniałam sobie o tym opowiadaniu, ale piosenka nie jest nawiązaniem. 😀
      Ale a propo reklamowek u Mamoru, nie przypominam sobie abym zrobiła z niego mordercę….. Jeszcze nie. 😀 >:-)

      1. Nie, nie, nie… U Mamoru był tylko ociekający zarazą bałagan 🙂 Ociekające reklamówki niosła jakaś wiedźmowa kobiecina 😛

  2. Szukam i szukam poprzednich rozdziałów tego opowiadania i stwierdzam, że chyba pożarła je witryna, bo ‚ ni ma’ 😦

  3. Chyba pierwszy raz u Ciebie komentuje. Jestem ciekawa tej historii i postaram się w najbliższym czasie nadrobić czytanie i komentowanie. 🙂
    Jeśli można, to zapraszam na blog anyzek.wordpress.com i szczeramilosc.wordpress.com
    Uśmiechu!
    Anyżek

Dodaj komentarz