Żona mojego ojca. I

Wieść o nowej macosze nie zrobiła na Kei najmniejszego wrażenia. Był przyzwyczajony. Już dawno przestał liczyć, ile kochanek przeszło przez łóżko ojca od śmierci mamy. Każda z nich w jakiś sposób starała się zastąpić małemu chłopcu zmarłą matkę, lecz żadna nie została na zawsze, mimo, że aż trzy były żonami  Shirosama. Kei nie umiał pojąć, czemu jego ojciec traktuje kobiety jak rzeczy i pozbywa się ich, kiedy mu się znudzą…

Ostatnio na horyzoncie pojawiła się kandydatka na piątą panią Yamana. Kei przypuszczał, że nie zostanie nią dłużej niż którakolwiek z jej poprzedniczek, a jednak to właśnie z jej powodu czuł tego wieczoru niepokój, który gnał go z baru do baru, nie pozwalając usiedzieć na miejscu.

Sięgnął po stojący przed nim kieliszek i dopił resztkę czerwonego wina.

W zasadzie lubił gwar japońskich ulic, ludzi, którzy ciągle gdzieś się spieszyli, mieli jakieś sprawy, swoje życie… Zatłoczone uliczki, morze świateł i sunące nieprzerwanie sznury samochodów przypominały mu Osakę. Tam właśnie Kei prowadził życie wiecznie zajętego, odnoszącego sukcesy biznesmena, to w tamtym mieście każdego dnia czekały go nowe wyzwania. Do Tokio zjeżdżał zwykle na krótko i te wizyty zazwyczaj sprawiały mu przyjemność.

Jednak nie tym razem. W takie zimne mokre wieczory jak ten wolałby znaleźć się gdziekolwiek, byle nie tutaj. W ten ponury październikowy wieczór najzwyczajniej w świecie tęsknił za domem.

A wszystko zaczęło się od listu, który dostał z samego rana. Wystarczyło spojrzeć na znaczek i na adres napisany znajomym charakterem pisma, żeby zakręciło mu się w głowie i żeby serce podskoczyło do gardła. Po latach milczenia ojciec zdecydował się do niego napisać. Osobiście! Odręczny list, w tradycyjnej kopercie ze znaczkiem, a nie krótka elektroniczna wiadomość!

– Siadaj, napij się z nami.

Kei popatrzył w drugi koniec baru, skąd dobiegał zniekształcony chór młodych głosów. Przy stoliku pełnym butelek po piwie siedziało kilku młodzieńców, lecz to nie oni przykuli uwagę blondyna, tylko stojąca nieopodal kobieta. Nie widział jej twarzy, bo stała do niego tyłem, ale to, co widział, było zachwycające. Długie włosy w kolorze hebanu spływały kaskadą na jej plecy. Była bardzo zgrabna: wąskie ramiona, krągłe, jędrne pośladki i nogi drugie do nieba. Czerwona spódniczka, jaką miała na sobie, to właściwie nie była spódniczka, tylko jakby trochę szerszy pasek. Prawie nie osłaniał tych jej niebotycznie długich, niezwykle zgrabnych nóg obciągniętych krwistym nylonem i zakończonych czarnymi pantofelkami na bardzo wysokim obcasie. Było w tej dziewczynie coś, co nie pozwalało oderwać od niej wzroku. Zwłaszcza że Kei dość długo obywał się bez kobiety. Zapewne to był prawdziwy powód jego zainteresowania nieznajomą.

Minęły trzy miesiące, odkąd Michi go opuściła i przez te trzy miesiące jakoś nie miał okazji znaleźć nikogo na jej miejsce. Oczywiście kobiety garnęły się do niego jak pszczoły do miodu. Był przystojny i bardzo bogaty; naprawdę nie musiał samotnie spędzać nocy, chyba że sam tego chciał. No i właśnie ostatnio wolał być sam niż z którąkolwiek z tych panien, których zawsze było wokół niego aż za dużo. Miał ich serdecznie dosyć. Marzyło mu się prawdziwe uczucie, może nawet poważny związek. Niestety, Michi nie nadawała się na żonę. Kei nie mógł sobie wyobrazić, że jest z nią do końca życia, że starzeje się u jej boku…

Zresztą właśnie o to się pokłócili. Michi się zdawało, że jest na dobrej drodze, że jeszcze miesiąc lub dwa i Kei poprowadzi ją do ołtarza. A gdy postawiła sprawę jasno i się dowiedziała, że Kei nie zamierza się żenić, po prostu sobie poszła. Była z gatunku tych kobiet, które nie zostają na dłużej, jeśli wiedzą, że sprawy nie potoczą się po ich myśli. Prawdę mówiąc, wcale za nią nie tęsknił.

– Nie, nie. Dziękuję bardzo.

To był głos czarnowłosej dziewczyny. Niski, zmysłowy…

Kei wyobraził sobie ten głos rozbrzmiewający w zaciszu wielkiego łoża. Na samą myśl o tym zaschło mu w ustach…

– No, chodź do nas – bełkotał podpity młodzian, unosząc się nieco z miejsca.

Podniecenie Kei ustąpiło tak samo szybko jak przyszło, bo w głosie dziewczyny zabrzmiała nowa nuta.

– Powiedziałam wam, że dziękuję.

Ciemnowłosa kobieta nie była zachwycona sytuacją, w jakiej się znalazła. Kei zerwał się na równe nogi, w kilku krokach przemierzył wielką salę i stanął tuż za plecami dziewczyny. Nikt go nie zauważył. Ani ona, ani ci, którzy ją zaczepili.

***

Rei Hino już wiedziała, że będą z tego kłopoty. Niepotrzebnie odpowiadała na zaczepkę, niepotrzebnie zatrzymała się przy stoliku tych młodych pijaków. Weszła do tego baru pod wpływem impulsu. Z ulicy wydawał się jasny, ciepły i pełen miłych ludzi. Zwłaszcza w porównaniu z zacinającym deszczem i wiatrem na ulicy. Bardzo chciała znaleźć się blisko ludzi. Za dużo czasu spędzała w samotności, a samotność sprzyjała niewesołym myślom.

Zdawało się, że nie minął miesiąc, lecz co najmniej trzy wieki od dnia, gdy ojciec przyznał, że jego problemy finansowe są znacznie większe, aniżeli się wszystkim wydawało. Co gorsza, żeby jakoś zaradzić złej sytuacji, „pożyczył” pieniądze od swojego wspólnika. Shirosama Yamana był miliarderem, właścicielem sieci hoteli i prowadził interesy z jej ojcem. Shirosama bardzo prędko się zorientował w przekrętach Takashi i zagroził mu długoletnim więzieniem.

– Nie mogę iść do więzienia, Rei- płakał ojciec. -Jestem bankrutem. Nie stać mnie będzie na dalsze leczenie dziadka. Musisz mi pomóc, córko. Musisz!

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – zapewniła go, bo cóż innego mogła powiedzieć w takiej chwili.

Dziadek miał bardzo chore serce. Ostatnimi czasy stan jego zdrowia uległ znacznemu pogorszeniu. Wkrótce miał przejść poważną operację, a jeśli ta by się nie udała, w wieku dziadka pozostanie czekać na najgorsze.

Toteż Rei zgodziłaby się na wszystko choć – prawdę mówiąc – nie bardzo wiedziała w jaki sposób mogłaby pomóc ojcu. Niestety, on doskonale wiedział. Miał już nawet gotowy plan. Shirosama Yamana osobiście miał zaproponował bezpieczne wyjście z sytuacji. Rei nie mogła uwierzyć, że ojciec przeznaczył jej tak istotną rolę w rozwiązaniu własnych problemów finansowych. Shirosama chciał mieć spadkobiercę. Jego poprzednie małżeństwo skończyło się hucznym rozwodem, więc potrzebował nowej młodej żony która urodzi mu wymarzonego dziedzica. Yamana zaproponował tę rolę Rei Hino, córce swego nieuczciwego partnera. Obiecał, że jeśli Rei zgodzi się zostać jego żoną, jeżeli urodzi mu syna, wówczas Shirosama  odstąpi od zgłoszenia skargi na policji, nie podejmie żadnych kroków prawnych. Żeby pomóc kochanemu dziadkowi i wyciągnąć ojca z długów, Rei musiała się zgodzić na poślubienie człowieka, który mógłby być jej ojcem. Dano jej trzy dni do namysłu. Termin upływał nazajutrz, a ten wieczór miał być ostatnim wieczorem wolności, ostatnią okazją do przespacerowania się zatłoczonymi ulicami Tokio, ostatnią godziną podejmowania własnych, niczym nieskrępowanych decyzji. Właśnie dlatego weszła do tego baru. Miała nadzieję, że kolorowe światła i zatłoczona przestrzeń pozwolą jej zapomnieć o tym, co czekało ją rano. Ale ledwie tu weszła, już wiedziała, że popełniła błąd. Owszem, w barze było pełno ludzi, ale nikt nie był sam. Każdy miał się do kogo uśmiechnąć, miał z kim porozmawiać. Zresztą nawet gdyby znalazł się jakiś samotnik, to na pewno nie był aż tak samotny ani tak bardzo smutny jak Rei. Już miała wyjść z powrotem na ulicę, kiedy w odległym kącie baru zauważyła mężczyznę, popijającego czerwone wino. Siedział sam przy stoliku. Nikt mu nie towarzyszył. Chciała do niego podejść. W końcu po to przyszła do baru. Żeby kogoś poznać, porozmawiać, choć na chwilę zapomnieć o czekającym ją koszmarze. Chciała zakosztować wolności, zanim z własnej woli wejdzie do potrzasku, zanim świat na zawsze się za nią zamknie.

Niestety, ten mężczyzna raczej nie nadawał się do zwierzeń. Był bardzo przystojny, dokładnie w jej typie, emanujący jakby nadnaturalną siłą. Przypominał wielkiego kota, przyczajonego, gotowego do skoku…

Zastanawiała się, czy mimo wszystko jednak do niego nie podejść, gdy od sąsiedniego stolika padło to nieszczęsne zaproszenie.

– Szukasz kogoś, lalunia?

Gdyby nie zaskoczył jej tak bardzo widok tamtego samotnego mężczyzny, pewnie w ogóle by nie zareagowała na zaczepkę. Ale zagapiła się, przystanęła przy stoliku.

– Siadaj, napij się z nami – powiedział jeden z młodzieńców, taksując ją spojrzeniem.

– Nie, nie. Dziękuję bardzo- odparła.

Owszem, zamierzała spędzić ten wieczór jak dorosła wolna kobieta, ale przecież nie w tym towarzystwie.

– Nie jesteśmy dla ciebie dość dobrzy, co, lalunia?- Jeden z młodzieńców złapał Rei za nadgarstek.

– No, skąd – wykręcała się gorączkowo, bo obaj byli podpici i gotowi wszcząć awanturę.- Umówiłam się z kimś.

– Z kim? – spytał obcesowo ten drugi.

– Z narzeczonym – skłamała bez wahania.

Napastnik rozejrzał się po sali, jakby szukał wzrokiem jej narzeczonego.

– Nikogo tu nie widzę – oświadczył. – Twój chłopak wystawił cię do wiatru.

Mocniej ścisnął jej rękę, przyciągnął Rei do stolika.

– Na pewno przyjdzie – broniła się. – Zawsze się trochę spóźnia.

– Wiesz, co ci powiem, laleczko? – Pijaczek uśmiechał się obleśnie. – Ten twój narzeczony to jedna wielka bujda. Na moje oko to ty wcale nie masz narzeczonego.

– Owszem, ma.

Rei aż podskoczyła, usłyszawszy za plecami głęboki męski głos. O takim głosie mogła sobie tylko pomarzyć. Mógłby należeć do przystojnego wysokiego mężczyzny o pięknych rysach twarzy. Nie wiedziała, jak on wygląda, lecz to w tej chwili nie miało żadnego znaczenia. Najważniejsze, że pospieszył jej na ratunek. Podpity młodzian przestał świdrować Rei spojrzeniem; jego oczy taksowały mężczyznę, stojącego za jej plecami. Mina wyraźnie mu zrzedła, jakby się czegoś przestraszył. Puścił jej rękę.

– Jasne! – mruknął.

Stojący tuż przy Rei nieznajomy objął ją wpół silnym ramieniem. Poczuła się bezpiecznie. Całym ciałem chłonęła jego siłę, ciepły oddech łaskotał jej ucho, zapach drogiej wody kolońskiej mile łechtał nozdrza.

– Przepraszam za spóźnienie, kochanie – powiedział ten mężczyzna miękko, niemal czule.- Zebranie okropnie się przeciągnęło. No, ale najważniejsze, że zdążyłem.

– Mhm – mruknęła.

Nie była w stanie wydusić z siebie nic więcej, a ten odgłos przypominał raczej westchnienie niż jakąkolwiek sensowną odpowiedź. Drżała w ramionach tego obcego człowieka. Nie miała pojęcia, kim jest jej wybawca, nie wiedziała nawet, jak on wygląda. Widziała jego duże, mocne dłonie, a więc musiał być wysoki i silny.

– Wybaczysz? – dopytywał się nieznajomy.

– Oczywiście!

Cóż innego mogła w tej sytuacji powiedzieć? Zgodziłaby się na wszystko, o co by ją poprosił. Jego bliskość sprawiała, że nie była w stanie rozsądnie myśleć. Właściwie wcale nie dało się myśleć. Poczuła na szyi jego usta. Przymknęła oczy,odchyliła do tyłu głowę i cała zapadła się w zapach, w ciepło i miękkość tego obcego człowieka.

– Nie tutaj, kochanie – usłyszała jego żartobliwy głos. – Zaczekaj z tym, aż będziemy w domu.

W domu? Pomyślała obudzona z cudownego snu. Do jakiego domu? Boże! Przecież ja z nim nigdzie nie pójdę!

Wyprostowała się, odsunęła od swego wybawcy i już otworzyła usta, żeby zaprotestować… Nie zdążyła, bo on pierwszy się odezwał.

– No, idziemy, skarbie – powiedział. – Pożegnaj się z kolegami.

Ostatnie słowo wypowiedział takim tonem, że Rei do reszty oprzytomniała. Mało brakowało, a zdradziłaby i siebie, i tego obcego, który jej przyszedł z pomocą. Gdyby zaprotestowała, podpici młodzieńcy przy stoliku dowiedzieliby się, że mieli rację, że rzeczywiście nie ma narzeczonego i że na pewno z nikim nie umówiła się w tym barze.

– Cześć, chłopaki – powiedziała swobodnie. – Dzięki, żeście mi dotrzymali towarzystwa.

Odwróciła się i wyszła otulona ramieniem obcego, jakby naprawdę był jej narzeczonym. Był wysoki, dobrze zbudowany. Na razie tylko tyle mogła powiedzieć. Nie chciała mu się przyglądać, żeby nie wzbudzić podejrzeń swoich prześladowców.

Zatrzymała się tuż za drzwiami, bo przecież nie mogła pozwolić, żeby obcy człowiek, choćby nie wiedzieć jak pociągający, prowadził ją Bóg wie gdzie, jak swoją własność.

– Wystarczy – powiedziała. – Dalej już pójdę sama.

Mężczyzna także przystanął. Popatrzył na nią. Rei dopiero teraz zobaczyła, z kim ma do czynienia.

– To ty? – zawołała z niedowierzaniem.

To był ten sam mężczyzna, który siedział samotnie w odległym kącie baru. Jedyny prócz niej człowiek, który – tak samo jak ona – był całkiem sam w tym zatłoczonym lokalu. Ten sam, do którego nie miała odwagi podejść, bo wydawał się zbyt niebezpieczny, choć nie miała pojęcia dlaczego. Nie wiedziała, lecz instynktownie czuła, że budzi on w niej nieznaną dotąd żądzę i że jeśli zechce, to Rei zrobi wszystko, co on rozkaże. Nie mogła sobie na to pozwolić.

***

Bardzo ich lubię, a dawno ich nie było.

Reklamy

One thought on “Żona mojego ojca. I

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s