Zabłąkane dusze. V

Usagi uchyliła drzwi wejściowe i ostrożnie wy­jrzała. Kto mógł przyjść o takiej porze?
– Mamoru?
– Mam pomysł – oświadczył i nie czekając na formalne zaproszenie, przecisnął się do środka.
– Nie za wcześnie? – spytała jasnowłosa.
– Muszę być na budowie o siódmej. Sądziłem, że też już będziesz na nogach. Masz kawę?
– W puszce w szafce – powiedziała.
– Nie parz specjalnie dla mnie. Mogę zaczekać, aż dotrę do roboty.
– Jest szósta rano. Nie jestem ubrana.
Mamoru przesunął po niej wzrokiem, od potarganych włosów przez jedwabny szlafroczek po różowe paznokcie u nóg, pochylił się i cmoknął ją w policzek.
– Uroczo rano wyglądasz, ale czy zawsze jesteś w tak paskudnym humorze?
– Tylko wtedy, gdy pewni ludzie robią sobie biwak w moim salonie i przez cały niedzielny wieczór karmią mnie pizzą i poją winem, i jeszcze dobrze po północy każą mi oglądać stare filmy na DVD, a potem wyrywają mnie z łóżka przed wschodem słońca.
– Zrobię kawę, jeśli mi powiesz, gdzie co jest. Może to poprawi ci humor. A teraz idź i włóż coś na siebie.
– Rano jesteś tak samo nieznośny, jak przez resztę dnia – narzekała. – Kawa jest w szafce na prawo od zlewu, garnuszki poniżej. Zatyczki do uszu musisz mieć własne.
– Zatyczki do uszu?!
Uśmiechnęła się słodziutko.
– Lubię śpiewać pod prysznicem.
Gdy wróciła, wyszorowana i ubrana, z włosami kręcącymi się od wilgoci, siedział przy stole w jadalni, obejmując dłońmi kubek z parującą kawą. Poszła do kuchni zrobić coś do jedzenia.
– Nie potrafię stanąć przed moimi uczniami o pus­tym żołądku -powiedziała. – Chciałbyś może talerz płatków śniadaniowych?
– Chętnie.
– No dobrze – powiedziała, gdy już postawiła na stole dwie miseczki i usiadła – co jest tak ważne, że usprawiedliwia wizyty o szóstej rano?
– Twój duch, oczywiście. Hej, to całkiem smaczne.
– Z mnóstwem błonnika. No i co z moim duchem?
– Zastanawiałem się nad nim w nocy.
– Po powrocie do domu? Było już po północy.
– Nie śpię dobrze, gdy gnębi mnie niepokój.
Usagi parsknęła sceptycznie.
– Nie wyglądasz na faceta, który często cierpi na bezsenność.
– Jeśli to, co widziałaś, było duchem, to musiał to być czyjś duch.
– No popatrz, a ja na to nie wpadłam!
– Jesteś okropnie niecierpliwa, jak na nauczycielkę.
– To wpływ kawy. Byłam nieprzytomna, ale teraz już obudziłam się i jestem wściekła.
– Posłuchaj, dobrze? Jeśli to duch, to musiał kiedyś żyć i pewnie był jakoś związany z tym miejscem. A jeśli tak jest, to może ktoś go już widywał.
– Dawniej?
– On może mieć setki lat.
– I może wrócić w każdej chwili? – Usagi prze­szedł dreszcz. – To nie jest zbyt pocieszająca myśl.
– Co prawda, nigdy nie wierzyłem w duchy, ale widziałem dosyć filmów o nawiedzonych domach, aby wiedzieć, że jeśli pokazuje się jakiś duch, to coś było nie tak w chwili śmierci.
– Następna pocieszająca myśl o bladym świcie. Nie dość, że mam ducha, to jeszcze ma on ochotę się mścić.
– Powiedziałaś, że wzywał pomocy.
– Mam nadzieję, że uznał, iż to nie mnie po­trzebuje – wzdrygnęła się.
– Naprawdę jesteś dziś w dziwnym nastroju – za­uważył Mamoru.
– Ja też trochę rozmyślałam w nocy. Tylko trochę, przyznaję, ale dość, by zrozumieć, że lepiej by było, gdyby nieproszony gość na moim przyjęciu okazał się hologramem. Spróbuję dzisiaj rozeznać się, czy któryś z moich uczniów mógłby mieć dostęp do trójwymiaro­wego rzutnika.
– Zmieniłaś zdanie na temat tego, co widziałaś?
Wczoraj upierałaś się przy swoich odczuciach.
– Jak powiedziałeś, zapewne po prostu zareagowa­łam na widok tej postaci tak, jak zareagowałabym na widok kogokolwiek w nieszczęściu – wzruszyła ra­mionami.
– Nie oszukasz mnie i chyba nie uda ci się oszukać samej siebie.
– Coś ty się tak uparł, żeby odgrywać adwokata diabła? Wczoraj byłeś pewien…
– Niczego nie byłem pewien. Miałem tylko swój pogląd. To ty byłaś pewna, a teraz zgłaszasz wątpliwości. Usagi odłożyła łyżkę i spojrzała brunetowi w twarz. Jej oczy były wielkie i wyraźnie o coś go prosiły.  Mamoru pomyślał, że na samym ich dnie kryje się przerażenie.
– Pod moim oknem krzyczy kobieta, a na moim drzewie wisi mężczyzna w stanie zaawansowanego rozkładu. Albo mam nawiedzony dom, albo jakiś uczeń robi mi kawały. Co byś wolał?
– Prawdę – powiedział cicho.- I ty chyba też. Dlate­go pomogę ci ją odkryć. Sprawdź dostęp do rzutników, a ja dowiem się, do kogo należały te tereny, zanim kupili je chciwi spekulanci, od których z kolei ja je nabyłem.
Usagi tępo wpatrywała się w płatki śniadaniowe, pływające jeszcze w jej talerzu. I na nic się zdało mówienie sobie, że nie widziała tego, co widziała. Nawet praktycznie obcego faceta nie potrafiła przekonać, że zmieniła zdanie. Antyczny zegar na kominku wybił pół godziny i Mamoru zerknął na zegarek, jakby nie wierząc, że upłynęło już tyle czasu. Uniósł do ust ostatnią łyżkę płatków, wysuszył ostatnie krople soku pomarańczowe­ go i wstał, zbierając naczynia, by je odnieść do kuchni.
– Dzięki za śniadanie, ale muszę ruszać na budowę. Pogadamy wieczorem.
– Mamoru- kun – zawołała za nim z wahaniem.
Odwrócił się i uniósł pytająco brwi.
– Dlaczego? – zapytała, i oboje wiedzieli, czego dotyczy pytanie.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Pomijając fakt, że w zasadzie jestem miłym facetem, to nie mogę cię uwieść, póki masz tego ducha na drzewie.

***

– Cześć, Usagi- san.
Blondynka aż podskoczyła na krześle, tak nagle wy­rwano ją z głębokiego zamyślenia.
– Przepraszam – powiedziała Tsuki. – Nie chciałam cię przestraszyć.
– Nie słyszałam, jak weszłaś.
– Najwyraźniej. Wyglądałaś na zupełnie nieprzyto­mną. Czy coś się stało?
Lewa ręka Usagi spoczywała na kartotece z dany­mi osobistymi uczniów, prawa na kartce z wypisanymi kilkunastoma nazwiskami.
– Sprawdzam tylko dane na temat warunków domowych niektórych uczniów. Zawody rodziców i tak dalej.
– Mogę zobaczyć? – Tsuki wyciągnęła rękę.
– Och… Jasne – powiedziała Usagi, zastanawia­jąc się w duchu, co powie, jeśli będzie się dopytywać o powody poszukiwań. Czy może oświa­dczyć pedagogowi szkolnemu, że albo uczniowie robią jej okrutne dowcipy, albo jej nowy dom jest na­wiedzony?
– Dość niejednorodna grupa – oceniła koleżanka, od­kładając kartkę. Nie nalegała na wyjaśnienia. – Czy znalazłaś, czego ci potrzeba? – Usagi potwierdziła.
– No to cię zostawię. Spodziewam się lada chwila wizyty rodziców, a lubię udawać bardzo zajętą, gdy przychodzą. Jeśli będziesz miała jakieś wątpliwości, służę ci pomocą.
Uśmiech Usagi był szczery. Tsuki była doskona­łym pedagogiem, chętnie pomagała, ale nie wtrącała się na siłę.
– Dzięki. Będę pamiętać.
Skończyła przeglądać kartotekę w niecałe dziesięć minut. To, co znalazła, nie było obiecujące. Rodzice uczniów tej szkoły stanowili typową próbkę mieszkań­ców peryferii wielkiego miasta: szef supermarketu, sekretarki, dwóch pracowników naftowych, hydrau­lik, akwizytor ubezpieczeniowy, mechanik, prawnik, pielęgniarka, kwiaciarka. Żadnych fotografów. Jedy­nie zawód matki Fuse stwarzał jakąś możliwość. Była przedstawicielką agencji reklamowej. Usagi trzęsły się ręce, gdy wybierała numer agencji. Gardło miała wyschnięte i gdy ktoś po drugiej stronie powiedział „Dzień dobry. Tu Agencja Reklamowa Hayami„, z trudem wydobyła z siebie głos.
– Chciałabym… – przełknęła i zaczęła je­szcze raz. – Chciałabym zorganizować imprezę, w któ­rej potrzebny mi będzie aparat holograficzny. Czy wasza agencja…
– Och, nie zajmujemy się takimi rzeczami – prze­rwała jej rozmówczyni. – Jesteśmy tylko małą agen­cją, specjalizującą się w reklamowych długopisach, czapeczkach, naklejkach i balonach.
Usagi odetchnęła tak głośno, że musiała odsunąć słuchawkę od ust.
– Bardzo mi przykro – dodała kobieta.
– A czy… czy nie orientuje się pani, gdzie mog­łabym znaleźć taki aparat?
– Niestety, nie mam pojęcia. Ale mogę pani podać nazwy kilku większych agencji. Może któraś z nich będzie w stanie panią skierować pod właściwy adres.
Usagi zapisała nazwy agencji i podziękowała swojej rozmówczyni. Nie miała już czasu na dalsze telefony, więc sprawdziła tylko numery w książce telefonicznej i schowała kartkę do torebki. Zadzwoni do nich z domu, gdzie nikt jej nie będzie przeszkadzać czy podsłuchiwać.

***

Wistaria i róże już przekwitały, ale pachniały wciąż bardzo mocno. Usagi od razu otworzyła okna, ciesząc się, że wiosna jest jak na razie łagodna i upał nie zmusza jej jeszcze do włączenia klimatyzacji. Przebrała się w dżinsy i miękką bluzę, nalała sobie szklankę soku i zasiadła do telefonu. Po kilku rozmowach odesłano ją do firmy spec­jalizującej się w sprzęcie audiowizualnym. Uzyskane informacje zarazem uspokoiły ją, jak i przejęły dresz­czem. To, co widziała w sobotni wieczór, nie było sztucznie stworzonym obrazem. Wolałaby się mylić. Niestety, chyba jednak ma rację. Nagle zdenerwowana, zrobiła pranie i wyszła do ogrodu, żeby pozbyć się nadmiaru energii przy przeko­pywaniu grządki pod sadzonki wistarii od Makoto. Gdy zapadający zmrok zmusił ją do powrotu do domu, wzięła prysznic. Zazwyczaj wieczorem wkłada­ła cienki szlafrok, tym razem jednak zachciało jej się czegoś bardziej wymyślnego. Zajrzała do szafy i wyciągnęła z niej cienki, jasno różowy komplet, krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Na to narzuciła krótką podomkę.
Stojąc przed lustrem, ściągnęła gumkę na ramiona.Włosy, jeszcze wilgotne, chłodziły jej kark. Czuła się
kobieco, ładnie i kokieteryjnie. Nagle zrozumiała, o co jej chodzi: oczekiwała Mamoru! Zaczęła przyzwyczajać się do jego nie zapo­wiedzianych wizyt i chłodnego, analitycznego pode­jścia do problemu. Był tu, gotów słuchać i pocieszać, gdy potrzebowała życzliwego ucha i wsparcia. Stał się przyjacielem, sprzymierzeńcem, podporą. Pozwoliła mu na to. A teraz, wdzięcząc się przed lustrem i mając na­dzieję, że wpadnie, zdała sobie sprawę, że gotowa jest pozwolić mu, by stał się kimś więcej. Poprawiła jedwabny materiał pod szyją, potrząsnęła włosami i posłała pocałunek swemu odbiciu.
Wróciła do salonu, by zająć się sprawdzaniem wypracowań, ale pomieszane zapachy róż i wistarii przyciągnęły jej uwagę do stojących na stoliku wazo­nów. Róże jeszcze się trzymały, ale wistaria nadawała się już tylko do wyrzucenia. Z północnego zachodu nasuwał się chłodny front atmosferyczny z zimnym, silnym wiat­rem. Gwałtowne podmuchy poruszyły nagle gałęziami starego drzewa i wpadły do mieszkania. Usagi właśnie podnosiła wazon wistarii, gdy wiatr zaplątał się w zwiędniętych kwiatach i otrząsnął wszystkie płatki. Czas zatrzymał się na chwilę, a purpurowe, lekkie łódeczki zawisły w powietrzu, aż powoli zaczęły spły­wać na podłogę. Zimny dreszcz przebiegł blondynkę, gdy patrzyła na powietrzny balet. Podbiegła do okna i zatrzasnęła je, potem wyłączyła wentylator i pochyliła się, by zebrać rozsypane płatki.
– Japonia – narzekała, czołgając się na kolanach po dywanie i podnosząc płatek po płatku. – Nie podoba ci się aura, to poczekaj pięć minut, a się zmieni.
Nowy dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa, gdy zimny powiew przeniknął przez materiał jej piżamy i zatańczył z płatkami na podłodze. Przysiadła na piętach, obe­jmując się ramionami. Rzuciła spojrzenie pełne bezsilnej niechęci ku zamkniętym oknom. Przeciąg w tym kącie nie był wytworem niczyjej wyobraźni. Jutro zadzwoni do działu obsługi technicznej mieszkańców. Gdy sprzątnęła, zrobiła sobie kanapki i przeszła z talerzem do salonu. Rozsiadła się na kanapie z wypracowaniami i czerwonym ołówkiem w ręku, by czytać różne relacje na temat stanowienia japońskiego prawa. Zegar na kominku wybił dziewiątą i po­czuła wyraźne rozczarowanie. Z każdym ruchem wa­hadła szanse na wizytę Mamoru malały. Wzięła następne wypracowanie i zaczęła czytać. Ponie­waż temperatura na zewnątrz spadała szybko, w domu również zrobiło się chłodniej. Otuliła więc nogi gru­bym kocem, ściągniętym z oparcia kanapy, i umościła się głębiej w poduszkach.

…Uciekać. Musi uciekać. Światło. Okno. Biec do okna. Musi uciekać. Zegar tyka. Głośniej. Głośniej. Czołgać się. Nie może… chodzić… noga boli… Zegar tyka, tyka. Bim-bam!…

Usagi ocknęła się gwałtownie i usiadła. Przeraże­nie, jakie czuła we śnie, nie ustępowało. Oddech miała nierówny, serce waliło jej jak młotem. Zegar ze snu wciąż bił, nie, to telefon. Na ślepo sięgnęła po słuchawkę, strąciła z widełek, podniosła.
– Halo? – Wciągała powietrze, a nie wydychała, więc „halo” było raczej niezrozumiałe.
– Usagi? Co się stało?
– Mamoru?
– Czy coś się stało?
– Zdrzemnęłam się, sprawdzając wypracowania. Ja… miałam sen – powiedziała niepewnie. – Było w nim okno. I zegar.
Miała wciąż zaspany głos. Mamoru przypomniał sobie, jak wyglądała rano: oczy pełne snu, ciało rozgrzane, diabelnie seksowne.
– To nie brzmi jak erotyczny sen – zauważył.
– Coś mnie goniło.
– Mam nadzieję, że ja.
– To był koszmar.
– Więc to nie mogłem być ja.
Usagi przytomniała. Sen można było łatwo wy­jaśnić. Okno, które przedtem zamknęła, zegar, na który spojrzała tuż przed zaśnięciem, a którego każde tyknięcie zmniejszało szansę na przyjście bruneta. Nie miała zamiaru o tym opowiadać. Po chwili ciszy zapytał:
– Dobrze się czujesz?
– Moi uczniowie są niewinni – oznajmiła poważnie.
– Czego się dowiedziałaś?
– To nie jest takie proste. A w każdym razie nie jest to żadne proste urządzenie, które można by nastawić i wyprodukować wiarygod­nego ducha. Proces, w którym powstaje trójwymiarowy obraz, jest bardzo skomplikowany; wymaga na przy­kład szklanych powierzchni o specjalnym pokryciu.
– Sądzisz, że jest coś, czego twoi uczniowie nie mogliby zbudować albo zdobyć?
– To zbyt skomplikowane i bardzo drogie. Po za tym hologramu nie można zrobić bez długotrwałych przygotowań i zo­stawienia śladów.
– Więc wracamy do pierwotnej teorii.
– To nie jest już teoria.
– Nigdy nie wierzyłaś, że to kawał, prawda?
– Usiłowałam przekonać samą siebie, że tak, ale bezskutecznie.
– Słuchaj, jeśli potrzebujesz towarzystwa, to ja…
– Nie ma takiej potrzeby.
– Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
– Skoro już mnie obudziłeś, to obejrzę wieczorne wiadomości i skończę sprawdzać wypracowania.
– Ja też przeprowadziłem małe śledztwo. Agent, który kupował dla mnie Zakątek, popyta o poprzednich właścicieli. Może uda nam się stwier­dzić, czy twój makabryczny przyjaciel składał już przedtem wizyty bez zaproszenia. Gdybyśmy wiedzie­li, czyj to duch, to może…
Widziała ducha. Nie ma innej możliwości. Przez całe popołudnie odsuwała od siebie tę myśl, ale teraz, podczas rozmowy, ta świadomość stawała się coraz wyraźniejsza, wywołując szok i grożąc atakiem histerii.
– Może następnym razem przywitam go po nazwis­ku. Witam pana, panie Duchu, jak stoją sprawy na tamtym świecie? Wisiał pan ostatnio na jakichś cieka­wych drzewach?
Mamoru wychwycił nutę paniki w jej głosie.
– Zaraz przyjdę.
– Nie musisz.
– Muszę.
– Mamoru, jest późno…
– Będę u ciebie, zanim skończą się wiadomości. Nie przestrasz się, gdy usłyszysz dzwonek do drzwi.
Rzeczywiście pojawił się akurat na sam koniec wiadomości. Niósł dużą torbę na zakupy i ruszył prosto do kuchni. Blondynka poszła za nim.
– Ależ proszę, czuj się jak u siebie w domu.
Mamoru zignorował jej sarkazm.
– Nie martw się o mnie. Tak właśnie się czuję. – I rzeczywiście kręcił się po jej kuchni jak po własnej, grzebiąc w szafce, z której rano wyjmował kawę.
– Chyba widziałem tu rano trochę kawy bezkofeinowej… O, właśnie. Mam!
– Co ty wyprawiasz?
– Robię kawę – oświadczył.
– Z alkoholem?
– Właśnie. I prawdziwą bitą śmietaną. Dobrze, że w sklepie mieli kremówkę. Daj kubki, to ci pokażę, jak otoczyć brzegi cukrem.
– Wiem, jak to się robi! – zaprotestowała.
– To świetnie. W takim razie ubiję śmietanę, jeśli dasz mi miseczkę i trzepaczkę.
Co za bezczelny typ! Przychodzi bladym świtem albo w środku nocy, rządzi się w jej kuchni i traktuje ją jak swojego podręcznego. Usagi wyjęła z szuflady żądany przedmiot.
– Miseczki są w szafce po lewej.
Tak, proszę pani, pomyślał brunet, zastanawiając się, czym zasłużył na gniew. Postanowił na wszelki wypadek zachować milczenie i skoncentrować się na ubijaniu śmietany.
– Kubki są gotowe – powiedziała po chwili.
– A śmietana prawie. Ubijaj dalej, a ja zrobię resztę. – Wcisnął jej w dłonie miseczkę. – Chodzi tylko o właściwy ruch przegubem – wyjaśnił lekko, kręcąc kółka w powietrzu. Mierzyła go spojrzeniem tak pełnym niechęci, jakby kazał jej oczyścić parking szczoteczką do zębów. Udając, że tego nie dostrzega, ciągnął dalej: – Ale nie przytulaj miski do siebie, bo zbytnio się ogrzeje i śmietana nie będzie ubita tak, jak trzeba.
Postawiła miskę na stole i ubijała ze złością.
– Jak się wszystko ładnie zgrało – powiedział. – Maszynka do kawy właśnie się wyłączyła. Śmietana ubita?
– Muszę tylko dodać trochę cukru.
– To dodaj. No, wspaniale! – Nałożył górę ubitej śmietany i wręczył kubek Usagi. – Proszę bardzo. Akurat to, co lekarz zalecił.
– Mamoru, nie jesteś moim lekarzem.
– Ale nie jestem też twoim wrogiem. -Łagodnie ujął ją za ramię, zmuszając do odwrócenia się.
Spojrzała na niego.
– Dlaczego przyszedłeś?
Opuścił rękę, ujął swój kubek i wpatrzył się w chmurę bitej śmietany.
– Sam zaczynam się nad tym zastanawiać. Przy­szedłem, bo mi zależy. Odniosłem wrażenie, że przyda ci się towarzystwo i coś mocniejszego do picia.
Usagi podeszła do kanapy i usiadła, podwijając nogi. Brunet zajął miejsce obok. Wsadziła palec w bitą śmietanę i oblizała go.
– Lubisz być potrzebny, prawda?
– Każdy lubi być potrzebny.
Ostrożnie nadpiła nieco kawy, czując słodycz cuk­ru, gładkość kremu i parujące gorąco wzmocnionej kawy. Drugi łyk rozgrzał jej gardło i rozlał się ciepłą falą po piersiach. Uśmiechnęła się do Mamoru.
– Szczególnie jeśli potrzebują cię kobiety?
– Im piękniejsze, tym lepiej – przytaknął, szczerząc zęby w uśmiechu.
Śmietana nieco zmiękła i zmieszała się z kawą, nadając jej interesującą gęstość.
– To rzeczywiście był dobry pomysł – przyznała niechętnie. – Choć po wczorajszym winie i dzisiejszej kawie pod koniec tygodnia pewnie będę ciągnąć bimber prosto z butelki.
– Potraktuj to jak lekarstwo – powiedział.
– Dobrze. Będę o tym pamiętać na moim pierw­szym spotkaniu Anonimowych Alkoholików.
– Przeżyłaś szok. To cię rozluźni i pomoże zasnąć.
– Jeśli uda mi się zasnąć, czy obiecasz nie budzić mnie znowu?
– Czy naprawdę jesteś zła o dzisiejsze poranne budzenie, czy po prostu wyładowujesz się na mnie, bo jestem pod ręką?
Zmarszczyła brwi nad kubkiem i pociągnęła solidny łyk. Od alkoholu stanęły jej łzy w oczach.
– Bycie bezradną panienką jest mniej zabawne, niż bycie współczującym bohaterem.
Uniósł prawą dłoń, ujął jej twarz i pogłaskał ją kciukiem po policzku.
– Chcesz o tym pogadać czy może wolisz rozma­wiać o czymś innym?
– Czy zamiast tego mógłbyś mnie po prostu na chwilę objąć?
– Pytałaś, dlaczego przyszedłem – powiedział, wy­jmując jej kubek z ręki i odstawiając na stolik koło swojego. Wyciągnął ramię wzdłuż oparcia ka­napy, zapraszając blondynkę, by się przytuliła. – Wła­śnie dlatego.

Reklamy

3 thoughts on “Zabłąkane dusze. V

  1. no i mamy kolejny ciekawy rozdział 🙂 muszę przyznać że mimo tego że nie przepadam za Mamoru to w tym opku jest bardzo ciekawą postacią i taką przystojną i miłą natrętną muchą hehehe która wszystko zrobi aby poderwać piękną sąsiadkę 🙂 czekam na więcej i pozdrawiam 🙂

  2. „– Pomijając fakt, że w zasadzie jestem miłym facetem, to nie mogę cię uwieść, póki masz tego ducha na drzewie.” <– urocze po prostu 😀 Uwielbiam teksty, które wymyślasz, bo są takie naturalne wręcz ^^ Lubię Mamoru, który jest taki pewny siebie, szczery i opiekuńczy. Miód na serducho moje ^^ Coraz ciekawsze te duchy są 😉 A dialogi coraz zabawniejsze, ale i głębsze 🙂 Nie mogę się doczekać następnego odcinka.
    Swoją drogą też byłabym zła, gdyby ktoś mnie rano obudził tak wcześnie xD

  3. No tak, najpierw było, że Mamoru- ,,może to hologram ducha”, Usagi- ,,może to prawdziwy duch”, a teraz się kwestiami zamienili 😀

    W ogóle jest moja wistaria 😀 Jestem z siebie dumna, pamiętam- to to ładne, co wisi 😉

    Aż naszła mnie ochota na płatki- takie Cini minis z zimnym mlekiem 😀 No, ale lipa, bo mam ochotę raz na rok, akurat kiedy nigdy nie ma :/

    No i znowu miałam dziwne myśli 😛 Nie na początku, nie na końcu, tylko przy tym śnie… Wyobraziłam sobie nagiego Mamoru, który goni rozhisteryzowaną Usagi, ale miało to raczej wymiar kabaretowy 😀 Coś w stu czarnej próżni, wijącej się białej drogi, uciekającej po niej Usagi i nagiego Mamoru, który wygląda, jakby ją gonił, ale tak naprawdę sam przed czymś ucieka 😀

    A rozdział znowu jest tak idealnie napisany, że… Ty to normalnie czasami dużo lepiej piszesz, niż wielu autorów w książkach 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s