Zabłąkane dusze. VI

– Ja tam nic nie znajduję.
Usagi spojrzała na człowieka z obsługi tech­nicznej ze zniecierpliwieniem. Nazywał się Toyoaki Okui, był zwalistym mężczyzną i wyglądał, jakby przyszedł wprost z placu budowy. Przez piętnaście minut przesuwał palcami wzdłuż futryn okiennych i listew przypodłogowych, wsuwał rękę pod okap tylnej ściany i ogólnie sprawdzał wszystkie możliwe źródła przeciągu.
– Ale przecież czuje pan przeciąg – zaprotestowała.
Toyoaki wzruszył ramionami.
– Domy czasami miewają przeciągi i nikt nie wie dlaczego. Może to cug z kominka?
– Zamykam szyber, kiedy nie palę w kominku.
Powtórnie wzruszył ramionami.
– Nie ma tu żadnej wady konstrukcyjnej. Okna są szczelne, futryny również. Może pani spróbować dać trochę pianki izolacyjnej pod okap. Czasami to pomaga.
– A ściany?
– Zawsze sprawdzamy izolację przed zamontowa­niem ścianki. Znaleźlibyśmy wszystkie dziury czy cieńsze miejsca.
Usagi zmarszczyła brwi. To po to śpieszyła się z pracy do domu, żeby usłyszeć od jakiegoś bałwana z działu technicznego, że przeciąg to przeciąg i nic się z tym nie da zrobić?
– Na wszystko ma pan odpowiedź – zauważyła kąśliwie.
Toyoaki nie zrozumiał ironii.
– Tak, proszę pani – przytaknął i podał jej for­mularz. – Potrzebny mi pani podpis, że tu byłem. Proszę podpisać koło… znaczka X.
Usagi wzięła formularz i przeczytała.
– Tu jest powiedziane, że konieczne naprawy zo­stały dokonane.
– Nie mogę naprawiać czegoś, co nie jest zepsute.- Toyoaki tracił cierpliwość.
– Czy jest jakiś sposób, żebym potwierdziła pań­ską obecność, jednocześnie stwierdzając, że nic nie zrobiono?
– Na dole jest miejsce na uwagi – powiedział burkliwie.
Napisała kilka zdań i podpisała formularz. Gdy podniosła wzrok, ze zdziwieniem zobaczyła, że  Toyoaki obejmuje dłonią różę.
– Ładne róże – powiedział. – Poczułem zapach, jak tylko wszedłem. – Wziął od blondynki formularz. – Moja żona lubi róże. Zawsze jej kupuję na rocznicę ślubu.
– To bardzo miło.
– A ten zapach zawsze przypomina mi pogrzeb mojej babci.
Prawdziwy romantyk! – pomyślała Usagi.
– No dobrze, mam jeszcze inne naprawy. – Toyoaki ruszył do drzwi. Właśnie sięgał do klamki, gdy rozległ się dzwonek. – Chyba ma pani gości – zwrócił się do Usagi.
Pokazała gestem, by otworzył drzwi.
– Chiba- san! – wykrzyknął, niemal stając na baczność, jak młody porucznik, który nagle natknął się na generała, by chwilę później skinąć głową na przywitanie.
– Okui- san? Co się stało? – Mamoru był równie zdzi­wiony.
Toyoaki najwyraźniej miał kłopoty z mówieniem, więc wyręczyła go Usagi.
– Zadzwoniłam do działu technicznego z powodu przeciągu. Myślałam, że może okno…
– Znalazłeś coś? – brunet zwrócił się do Toyoaki .
– Nic. Sprawdziłem dokładnie, ścianę też.
– Nic?
Toyoaki potrząsnął głową.
– Nic. – Po chwili dorzucił: – Może to ciąg z ko­minka.
– Sprawdzimy – powiedział Mamoru.
– No… – Toyoaki czuł się wyraźnie nieswojo w obecności szefa. Podniósł plik formularzy zgłoszeń.- Mam jeszcze inne naprawy. Chyba że chciałby pan, żebym jeszcze raz sprawdził…
– Nie trzeba – pokręcił głową brunet. – Jestem pe­wien, że zrobiłeś to tak dokładnie, jak zawsze.
– Tak, proszę pana. No to do widzenia. – Toyoaki wypadł przez drzwi.
– Najwyraźniej jesteś postrachem pracowników- powiedziała Usagi.
– Niektórych ludzi szefostwo peszy. Nie ma powo­du, żeby się mnie bał, jeśli porządnie wykonuje swoją pracę. – Przyciągnął blondynkę do siebie i uniósł dłonią jej twarz. – Powiedz mi, jako klientka, co o nim sądzisz? Pracował uczciwie czy obijał się?
– Zrobił, co mógł.
– Twój entuzjazm nie wystarczyłby na uniesienie w powietrze balonika napełnionego helem. W czym problem?
– Po prostu chciałam, żeby znalazł coś konkret­nego. Przeciąg jest bardzo wyraźny. Moje rachunki za ogrzewanie będą astronomiczne.
– Muszę sprawdzić twój komin – powiedział, ale słowa nie miały takiego znaczenia, jak zmysłowy ton jego głosu i subtelny ruch ramienia, przyciągający ją bliżej. – Nie mogę sobie pozwolić na niezadowolo­nych mieszkańców. – Jego usta były tak blisko, że oddech drażnił delikatnie jej wargi, przygotowując je na nieuchronne spotkanie.
Był to pierwszy pocałunek, którym mogła się roz­koszować bez emocjonalnych obciążeń, po prostu jako kobieta. Teraz nie była zdenerwowana czy roztrzęsio­na, nie przywierała do bruneta w desperacji. Musiał wyczuć, że w pełni delektuje się zmysłową przyjemnością pocałunku, bo gdy już oderwał wargi od ust Usagi, uśmiechnął się do niej.
– Świetnie całujesz, gdy nie myślisz o duchach.
– Powinieneś spróbować, kiedy naprawdę będę w nastroju.
– Mam taki zamiar – oznajmił. – Ale teraz wy­chodzimy, mamy spotkanie z Noda- san w sprawie ducha.
– Powiedz mi coś o tej kobiecie, do której jedziemy- poprosiła, gdy już wyruszyli w drogę do centrum Tokio. – Czy ona coś wie?
– Potencjalnie jest najlepszym źródłem informacji. Jej dziadek kupił tereny Zakątka w 1946 roku i był ich właścicielem aż do śmierci pod koniec lat sześćdziesiątych. Odziedziczyła po nim ziemię i sprze­dała firmie inwestycyjnej, niewątpliwie z zyskiem, gdy cena ziemi poszła w górę.
– Mówiłeś, że ma agencję obrotu nieruchomoś­ciami?
– Tak, i to dobrą. Słyszałem o niej.
– Czy wie, dlaczego przyjeżdżamy?
– Niedokładnie. Trochę kręciłem. Powiedziałem, że chcemy porozmawiać o pewnym terenie. Gdybym się wdawał w szczegóły, mogłaby mnie spławić, ale skoro przyjedziemy do niej z tak daleka, to chyba nas nie wyrzuci. Poza tym – zerknął na Usagi ką­tem oka – w ten sposób mam szansę zaprosić cię na kolację.
Usagi otworzyła cienką książeczkę, którą wzięła ze sobą, wychodząc.
– Znalazłam to w szkolnej bibliotece. To jedyna książka na temat duchów i ich zwyczajów. Nie wy­gląda na solidne dzieło, ale może da nam przynajmniej podstawowe wiadomości.
– No i co, masz coś ciekawego? – zapytał Mamoru kilka minut później.
– Pierwsze strony zawierały same ogólniki – po­wiedziała. – No wiesz, że nie wiadomo, czy duchy w ogóle istnieją, ale w historii powtarzają się opowieści o duchach i nawiedzonych miejscach, i tak dalej. Najwyraźniej są trzy szkoły: że duchy istnieją, że nie istnieją, i że być może istnieją.
– Niezbyt głęboka ta analiza.
– Drugi rozdział jest bardziej obiecujący: „Pod­stawowe zwyczaje duchów”. Słuchaj: „Choć nie ma żadnych dowodów na istnienie duchów, uważa się na ogół, że duchy, które pojawiają się w postaci ludzkiej, są astralnymi obrazami osób, które niegdyś rzeczywiś­cie żyły”.
– Sherlock Holmes!
Usagi nie odrywała oczu od książki.
– Są różne rodzaje duchów. Na przykład niektóre lubią robić dużo hałasu. – Przeczytała po cichu kilka następnych paragrafów i roześmiała się. – T o takie błazny świata duchów, czasami zło­śliwe.
– Nie całkiem to pasuje do piekielnych demonów z horrorów, co?
– To całkiem coś innego. Jeśli moje drzewo jest nawiedzone, to przez prawdziwego ducha, a nie jakiegoś błazna.
Mamoru powstrzymał się od komentarzy.
– Zjawa, którą widziałam, miała zdecydowanie ludzką postać, a tu podają, że ci dowcipnisie nie wysilają się, by przybierać ludzkie kształty – dodała.- To tzw. poltergeisty.
– Dyskutujesz sama ze sobą – zauważył Mamoru.
Usagi westchnęła ze zniecierpliwieniem.
– Bo nie wiem, w co mam wierzyć. Nie wiem nawet, w co chciałabym wierzyć.
Mamoru zjechał na pas, z którego skręcało się w lewo.
– Pomóż mi szukać. Agencja powinna być po prawej, mniej więcej za trzy przecznice. Może Noda- san uda się rzucić nieco światła na nasze prob­lemy.
Usagi przycisnęła czoło do szyby i skupiła się na odczytywaniu szyldów.
– Nie powinniśmy zbytnio na to liczyć.
– Nie poddawaj się, mała!
Agencja mieściła się w tradycyjnym budyn­ku z czerwonej cegły. Wewnątrz drewniane boazerie, grube dywany i ciężkie biurko recepcjonistki tworzyły atmosferę dyskretnego dostatku. Recepcjonistka poinformowała uprzejmie Usagi i Mamoru, że pani Noda za chwilę ich przyjmie. Kilka minut później Rika Noda weszła do pokoju. Była to wysoka, szczupła kobieta o zadbanym wy­glądzie i starannie uczesanych siwych włosach. Jej biała bluzka i czarna ołówkowa spódnica dopeł­niały obrazu spokojnej elegancji. Miała ponad pięć­dziesiąt lat, ale jedynymi zmarszczkami były linie śmiechu, rozchodzące się z kącików oczu. Przedstawiła się, przywitała i zaprosiła do swego gabinetu na tyłach budynku. Wskazała im fotele, a sama zasiadła za biurkiem.
– Chcieli państwo porozmawiać o jakimś terenie- powiedziała, przechodząc wprost do rzeczy. – Rozumiem, że chodzi o konkretną działkę. Kupno czy sprzedaż?
– Prawdę mówiąc – wyjaśnił Mamoru – już jestem właścicielem tego terenu. Chodzi o grunty, które kiedyś należały do pani. Czy pamięta pani Księżycowy Zakątek?
Na twarz pani Noda wypłynął uśmiech.
– Chiba- san… Powinnam była skoja­rzyć. – Po dłuższej chwili milczenia zapytała: – Czego właściwie pan sobie życzy?
Mamoru uśmiechnął się do Usagi uspokajająco.
– Obecna tu Tsukino- san kupiła dom blisko północnego krańca terenu, w pobliżu miejsca daw­nych zabudowań. Chciałaby się dowiedzieć czegoś o swojej ziemi, a ja pomagam jej odnaleźć poprzed­nich właścicieli, którzy mogliby jej opowiedzieć dawne dzieje.
– Powiem wam, co wiem – oznajmiła pani Noda- choć nie jestem pewna, co właściwie chcecie usłyszeć. Te tereny były własnością dziadka, ale nigdy tam nie mieszkaliśmy.
– To były tereny zamieszkałe? – spytała.
– Tak. Mieściło się tam nieduże gospodarstwo. Ale gdy dziadek ją kupił, od lat nikt tam nie uprawiał roli.- Uśmiechnęła się niespodziewanie, a w oczach poja­wił się nieco nieobecny wyraz. – Nie miał pojęcia o rolnictwie czy ogrodnictwie, natomiast kochał posiadać ziemię. Wiedział, że miasto po wojnie będzie się rozrastać, a ceny gruntów pójdą w górę, ale nie doczekał czasów, kiedy mógłby zacząć zbierać owoce. Kupił kilka małych gospodarstw na licytacji.
– Kto je licytował? – spytał Mamoru.
– Bank w Tokio. Założyciel tego banku przejął sporo takich gospodarstw przed wojną. Ludzie zastanawiali się, po co to robi, bo sama ziemia nie była wówczas wiele warta, jeśli nikt jej nie uprawiał. Ale to on śmiał się ostatni, bo sprowadził sprzęt wiertniczy i zaczął szukać ropy naftowej. Jego spekulacje przynio­sły mu całkiem niezły zysk. – Pani Noda spojrzała bystro na Mamoru. – Jeśli słyszał pan o ropie w Zakątku, niech się pan nie podnieca. Nie ma tam ani kropli. Dziwię się, że nie zauważył pan suchych studni, które zostały po próbnych wierceniach.  Shibata- san dokładnie wszystko sprawdził, zanim wystawił ziemię na licytację.
– Znaleźliśmy pozostałości po jednym szybie w po­łudniowo-wschodniej części – potwierdził Mamoru.- Moi ludzie nieźle sobie ze mnie pokpiwali przez kilka dni, nazywając magnatem naftowym. Ale widziałem dane geologiczne i wiem, że nie są to tereny roponośne.
– Więc jeśli nie chodzi panu o ropę, to czego pan szuka?
– Czy po tym, jak pani dziadek kupił gospodarstwo, ktoś na nim mieszkał?
– Wiele rodzin. Mój dziadek miał nadzieję, że bę­dzie mógł ziemie z zyskiem wydzierżawić. Wielu weteranów wojennych żeniło się wówczas i szukało dla siebie miejsca. Niektórzy pochodzili ze wsi, a nie mogli sobie pozwolić na kupno własnej ziemi. Ale po pierwszych dziesięciu czy dwunastu rodzinach dziadek pewnie sprzedałby tanio ziemie każdemu, kto byłby zainteresowany i miał dość hartu, by zostać.
– Ludzie nie zostawali długo? – zapytała Usagi, zaciskając nieświadomie dłonie na poręczach fotela.
– Wszyscy twierdzili, że ziemia jest nawiedzona!- zaśmiała się pani Noda. – Teraz to brzmi niewiarygodnie, prawda? Ale wówczas Tokio się rozwijało, rozbudowywało, a to była to niewielka dzielnica: kilka sklepów, bank i trochę domów, a wiecie, jak takie opowieści rodzą się i rosną. Rodzina wprowadza się, sąsiedzi opowiadają, że straszy, i wkrótce sami już widzą duchy.
Dłonie Usagi były wilgotne, za to gardło miała całkiem suche.
– Co… – Przełknęła z trudem. – Co mówiono o tym duchu, który straszy?
– Podobno miał to być duch Toyama. Był właścicielem ziemi, gdy bank ją przejął. Młoda i piękna żona postanowiła uniknąć hańby wysiedlenia i uciekła.  Toyama– san tak przygnębiła jej ucieczka i utrata ziemi, że popełnił samobójstwo.
– Jak? – zapytał Mamoru. – W jaki sposób się zabił?
– Naprawdę nie słyszeliście tej historii? Toyama– san upił się i powiesił na dębie, który rósł z tyłu na podwórzu.
Usagi bezwiednie głośno westchnęła.
– Nie chciałam pani przestraszyć – powiedziała pani Noda. – To tylko taka stara historia. Przez lata na pewno dodano do niej mnóstwo szczegółów, a dąb pewnie już dawno ścięto.
– Nie – zaprzeczyła jasnowłosa. – Wciąż tam jest.
– Toyama– san zapewne dlatego nie może zaznać spokoju, że pochowano go w nie poświęconym miejscu pod bramą tego starego cmentarza koło autostrady. Dobrzy, pobożni ludzie z okolicy nie zgodzili się, by samobójcę pochować na cmentarzu.
– To okropne – wykrzyknęła Usagi.
– Prawda? I pomyśleć, że zdarzyło się to generację temu. No, w każdym razie po śmierci Toyama– san w gospodartwie przez dłuższy czas nikt nie mieszkał. Chyba aż do czasu, gdy mój dziadek ją kupił, wyremontował dom i zaczął wydzierżawiać.
– Czy wie pani coś jeszcze o poprzednim właścicielu? Coś o jego rodzinie, cokolwiek?
– Niestety, nie – pokręciła głową pani Noda.- Opowiedziałam wszystko, co słyszałam, a ta historia niewątpliwie została przez lata tak ozdobiona i przesa­dzona, że niewiele ma wspólnego z prawdą.
Rozległ się brzęczyk interkomu. Pani Noda prze­prosiła i podniosła słuchawkę. Po chwili rozmowy odłożyła ją i wstała.
– Bardzo mi przykro, że nie potrafię wam pomóc, ale nic więcej nie wiem, a teraz mam następnych klientów.
Usagi i Mamoru podziękowali jej uprzejmie i wyszli.
– No, to mamy o czym rozmawiać przy kolacji- skomentował brunet, gdy już siedzieli w samo­chodzie.
– I o czym myśleć w środku nocy – dodała Usagi ponuro.
Zatrzymali się na kolację w restauracji specjalizują­cej się w tradycyjnej kuchni japońskiej. Posadzono ich w kameralnej niszy, rozjaśnionej jedynie bladą poświatą oddalonej lampy. Półmrok, cicha muzyka i spokojny posiłek stanowiły wspaniałą odmianę po zdenerwowaniu, które stało się udziałem Usagi, od kiedy zobaczyła zjawę na drzewie. Gdy wybierali jedzenie, gawędzili o pracy i uczniows­kich wygłupach, co z kolei prowadziło do wspomnieć o ich własnych szczenięcych latach.
– Mówiłeś, że niezły był z ciebie gagatek – przypo­mniała Usagi. – Jak z rozrabiaki wyrósł odnoszący sukcesy przedsiębiorca?
– Właściwie firma było łapówką, żebym się ustatkował.
– Łapówką od kogo?
– Mojego adopcyjnego ojca. Kiedy skończyłem szkołę średnią zacząłem u niego pracować. Już dawniej zatrudniał mnie w czasie wakacji i wiedzia­łem o budownictwie wszystko, co trzeba, a przynajmniej tak mi się wydawało.
– Każdemu osiemnastolatkowi wydaje się, że zjadł wszystkie rozumy – zauważyła Usagi.
Mamoru przytaknął.
– Po jakimś czasie zacząłem go nagabywać, żeby mnie awansował i zrobił kierownikiem budowy. Powiedział, że jeśli chcę iść w górę, to muszę skończyć studia. Żadnych przywilejów. Mówiąc delikatnie, nie byłem zachwycony taką per­spektywą.
– A zatem odszedłeś i spróbowałeś na własną rękę?
– Próbowałem przez kilka miesięcy, ale oczywiście nic nie osiągnąłem. Więc zaproponował, żebym wrócił do pracy i równocześnie podjął naukę. Oświadczył, że jak już zostanę inżynierem i nabiorę dość doświadczenia, żeby odczytywać plany, założy dla mnie filię swojej firmy.
– I tak się stało?
– Byłem buntownikiem, ale nie byłem głupcem. Wtedy już wiedziałem, że nic nie osiągnę, usiłując ukarać wszystkich za śmierć rodziców, a oni jako jedyni sobie ze mną poradzili. Stworzyli mi prawdziwy dom. Więc, idąc za radą podjąłem naukę, a potem objąłem firmę, właściwie jedną z filii. Zakątek to moje pierwsze samodzielne przedsięwzięcie. Oddzieliłem się już od firmy ojca.
– Czy przy jego akceptacji?
– Och, jak najbardziej. Ojciec pękał z dumy, gdy wykupiłem jego udziały.
Na blisko godzinę odsunęli od siebie wszelkie myśli o Zakątku i duchu na podwórku Usagi.
Jednak gdy kelnerka sprzątnęła po obiedzie i podała herbatę, zapadła cisza, w której duch niemal się zmaterializował, tak intensywnie o nim myśleli.
– Nie ma już wątpliwości – powiedziała Usagi cicho, odstawiając filiżankę.
– Wiemy, kto to jest. Mamy nazwisko i okres, możemy zacząć dochodzenie.
– A co nam da dochodzenie? – spytała, wyraźnie zirytowana.
Mamoru przykrył jej dłoń swoją, ciepłą i jakoś pocieszającą.
– Wiedza to potęga – powiedział.
– Czy to dotyczy także duchów? Czy w ogóle jakieś reguły dotyczą duchów?
Była bliska łez, a Mamoru czuł się bezradny, bo nie miał gotowych odpowiedzi. Gdyby byli sami, przytuliłby ją, głaskał po głowie i całował, ale tutaj musiał zadowolić się uspokajającym uściskiem dłoni.
– Mówiłaś, że wzywał cię na pomoc. Może uda nam się dowiedzieć, czego mu trzeba.
– I spełnić jego życzenia? – spytała niemal wyzy­wająco. – Może po prostu chciałby spoczywać na cmentarzu, z nagrobkiem, jak wszyscy inni?
– Może. A może nie jest to takie proste. Nie uważasz, że powinnaś spróbować się dowiedzieć?
– Będziesz mnie nudził, aż to zrobię, prawda?
– Prawda!
Przez kilka sekund wpatrywali się w siebie niemal wrogo, aż w końcu Usagi uśmiechnęła się nieoczekiwanie.
– To okropnie irytujące, gdy ktoś wierci ci dziurę w brzuchu o coś, o czym chciałoby się zapomnieć.
Mamoru uśmiechnął się i nagłe napięcie między nimi przekształciło się w przyjazne milczenie. Dopili herbatę. Usagi obrysowała brzeg filiżanki palcem, wpatrując się w zamyśleniu w fusy na dnie.
– Doceniam twoją pomoc, i to, że byłeś obok, gdy potrzebowałam przyjaciela.
Mamoru ostrożnie odstawił filiżankę.
– No cóż, nie chodzi tylko o przyjaźń. Mam swoje głębsze motywy.
Jedynie mógł to powiedzieć w taki sposób: na tyle niefrasobliwie, by jego słowa nie zabrzmiały zbyt poważnie, ale z uwodzicielskim spojrzeniem, które świa­dczyło, że nie do końca żartuje. Usagi poczuła, że się rumieni w odpowiedzi na jego pożądanie. W kameralnym kąciku restauracji łatwo było zapo­mnieć, że w piątkowy wieczór równowaga życia została na chwilę zachwiana. Chwilowo wyzwolona z koniecz­ności rozwiązywania nierozwiązywalnych problemów i zagadek wszechświata, mogła oddawać się zwyczajnym, ludzkim radościom, a gorące spojrzenie siedzącego naprzeciwko mężczyzny niewątpliwie było źródłem przyjemności, bo pozwalało jej czuć się kobie­co i beztrosko.
Zamknęła oczy, wciągnęła powietrze i odetchnęła głęboko, rozkoszując się samym faktem bycia tu z Mamoru. Czuła, jak jego dłoń, ciepła, silna, delikat­nie pieszcząca, znów przykrywa jej rękę. Zwinęła palce, by spleść je z jego palcami, i ciesząc się z poczucia jedności, otworzyła oczy. Jego kciuk rozpoczął powolny, rytmiczny masaż wnętrza jej dłoni. Ten ruch był zmysłowy, erotyczny, hipnotyzujący. W jasnym świetle nie od­ważyłaby się zareagować, ale w łagodnym blasku nie próbowała ukryć, jak dotyk Mamoru na nią działa. I on to zauważył. Jego głos był ściszony.
– Mężczyźni poświęcali królestwa dla takiego spo­jrzenia kobiety.
– Nie chcę stąd wychodzić – powiedziała i wiedział, o co jej chodzi. Tutaj jest bezpieczna. Na kilka minut pozbyła się prześladującej ją zjawy. – Gdy tylko przestąpimy próg, znowu z nami będzie.
– Już z nami jest – powiedział ponuro.
Jakiś czas później, w samochodzie, Usagi roz­ważała na głos:
– Ciągle myślę o tym, co powiedziała Noda-san. O słowach, których użyła: że to zdarzyło się „ generację temu”. Więc może żyje jeszcze ktoś, kto pamięta to samobójstwo?
– Jakiś rolnik?
Przytaknęła.
– Koło Przyjaciół Biblioteki zbiera dane do historii tych okolic. Miedzy innymi wyszukują starych ludzi, któ­rzy od lat tu mieszkają, i przeprowadzają z nimi wywiady na temat dawnych obyczajów i wydarzeń. Koleżanka ze szkoły próbo­wała mnie w to wciągnąć. Mogę spytać ją o nazwiska.
– To dobry pomysł – zapalił się Mamoru. – Ja raczej myślałem o źródłach pisanych, na przykład świadectwie zgonu, ale nawet jeśli do niego do­trzemy, zyskamy tylko suche fakty.
Była już niemal dziesiąta, gdy wrócili do Zakątka. Mamoru zaparkował na podjeździe przed domem Usagi.
– Miałabyś ochotę wpaść do mnie na kieliszek wina?
Usagi potrząsnęła głową.
– Nie, mam już dość. W ogóle nie spałam w sobotę, a w niedzielę pewien osobnik trzymał mnie na nogach
przez pół nocy, a potem obudził o świcie. W dodatku wczoraj znowu przyszedł i nie wyszedł przed północą.
– Niewdzięczna! – poskarżył się Mamoru. Najwido­czniej rozumiał, że nie zostanie zaproszony do środka,
i nie nalegał. Pocałował ją dość niewinnie przed drzwiami.
– Gdybyś mnie potrzebowała, pamiętaj, że miesz­kam tuż obok.
Usagi wspięła się na palce, objęła dłońmi jego twarz i pocałowała lekko w usta.
– Dzięki. Za wszystko.
Czuła pod dłonią, jak napinają się mięśnie szczęki bruneta. Ostro wciągnął powietrze i objął ją w pasie w niedźwiedzim uścisku.
– Słowo daję, pozbędę się tego ducha, nawet gdybym musiał w tym celu zorganizować seans spirytystyczny i tańczyć nago w świetle księżyca.
Usagi roześmiałaby się, gdyby nie był śmiertelnie poważny. W przypływie czułości jeszcze raz przyciągnęła do siebie jego twarz. Pozwolił jej nadać ton temu pocałunkowi, zacis­kając mocniej ramiona. Przywarła do niego rozchyla­jąc wargi, połaskotała je językiem. Gdy z ust przeniosła deszcz pocałunków na policzek i szyję, zamruczał zmysłowo i przesunął dłońmi po jej plecach.
– Dobranoc – powiedziała z żalem.
Mamoru odszedł, zdecydowany uporać się jak naj­szybciej z duchem na dębie blondynki.

Reklamy

3 thoughts on “Zabłąkane dusze. VI

  1. bardzo ciekawy kolejny rozdział no i już wiadomo że duch istnieje naprawdę 🙂 zaś końcówka to mnie całkiem rozbawiła hahaha już sobie wyobrażam tańczącego Mamoru nago przy świetle księżyca hahaha super 🙂 czekam na więcej i pozdrawiam 🙂

  2. to jest mega 😀 Uwielbiam to iskrzenie między nimi totalnie. Ładnie na siebie lecą 😀 Ciekawe też, że Mamoru czeka aż pozbędą się ducha xD Chociaż z drugiej strony dość sensowne, bo chce jej nie dlatego, że ona potrzebuje wsparcia, tylko żeby ona też jego chciała bez tego szukania bezpieczeństwa ^^ Jestem ciekawa ducha, ale mam wrażenie, że to nie jest tylko jeden duch 😉

  3. Ja już snułam teorie, że jakaś zagubiona bombka na gospodarstwo spadła i zabiła właściciela, który akurat siedział na drzewie i dłubał badylem w zębach. A tu ucieczka żony i samobójstwo meża- ehhhhh

    Nie no, żartuje oczywiście 😛 Ale fakt, że zaczęłam o wojnie myśleć, a tu data była potrzebna ze względów dosłownie ekonomicznych 🙂

    Może ten Toyama wisi na tym drzewie, bo chce, żeby ktoś żywy pomógł mu przenieść jego ciało ;P 😀

    Strasznie podziwiam Twoje opisy architektoniczne 🙂 Zwł. w Świetle Księżyca mnie to uderzyło 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s