Zabłąkane dusze. VIII

Gdy Mamoru obudził się, przed jego nosem wisiał płatek śniegu. A w każdym razie coś, co wyglądało jak
jedna z tych sztucznych śnieżynek, którymi ludzie dekorują drzewka na Boże Narodzenie. Gdy otrząsnął
się nieco ze snu, rozpoznał kawałek szydełkowej koronki, którą obszyte były poszewki Usagi. Usagi. Jego mózg przywołał obraz wczorajszego wieczoru, a ciało zarejestrowało różne szczegóły: gładkość prześcieradła, zapach perfum, przyjemne ciepło jej ciała. Leżała wciśnięta w niego, a czubek jej głowy znajdował się tuż poniżej jego nosa. Prawym ramie­niem obejmował ją w pasie. Koszula nocna podjechała do góry i jej tyłeczek, ten rozkoszny tyłeczek wpierał się w jego lędźwie.
Mamoru przesunął prawą dłoń, by objąć jeden po­śladek, i uśmiechnął się z zadowoleniem właściciela. Przyjemność budzenia się w tej przytulnej sypialni z blondynką tuż obok była wprost niezwykła. Wypełniała go w niemal fizyczny sposób, jakby zadowolenie było pokarmem, zaspokajającym głód doznań.
Czując ciężar ręki Mamoru na biodrze, Usagi poruszyła się, więc brunet wrócił do pierwotnej pozycji. Serdecznie żałował, że był wyposażony tylko na jedno kochanie się. Zastanowił się nawet, czy nie naciągnąć spodni i nie pobiec do domu, by sprawdzić w apteczce stan zapasu prezerwatyw, ale odrzucił ten pomysł jako zbyt ryzykowny. Usagi mogłaby się tymczasem obudzić i wstać, myśląc, że uciekł od niej.
Został więc dokładnie tam, gdzie był. Zaspokojenie i głęboki, długi sen zaowocowały błogim… rozleniwieniem. Był to zdrowy letarg, stan umysłu, w którym uznawał, że, co prawda, perspektywa kochania się z Usagi jest rozkoszna, ale leżenie z nią przytuloną też jest miłe.
Jakby wyczuwając, że raduje go jej obecność,  Usagi westchnęła w półśnie i Mamoru ucieszył się, że nie wyszedł. Nie chciał, by obudziła się sama. Obiecał, że jej nie zostawi, a był człowiekiem, który dotrzymuje obietnic. Nie mogąc i nie chcąc się ruszać, leżał, przy­glądając się pokojowi. Na najbliższej ścianie wisiała tradycyjna, haftowana makatka z sentymentalnym dwuwierszem o domu. Ciekaw był, czy sama ją wyhaftowała. Uśmiechnął się do tej myśli. Haftowa­nie pasowało do Usagi. Założyłby się o zysk na jednym domu w Zakątku, że sama wybrała, zrobiła lub zna historię każdego przedmiotu w sypia­lni. Z owalnych drewnianych ramek patrzyły na niego sepiowe oblicza krewnych, pra-pra- coś tam.
Czy któraś z tych babek lub kuzynek zrobiła narzutę zszywaną z resztek materiałów, rozwieszoną teraz
w nogach łóżka? A może znalazła ją w ja­kimś sklepie z antykami? Choć materac był całkiem współczesny, samo łóżko miało już swoje lata. Wykonano je z żelaznych, pomalowanych na biało rurek. Porcelanowa miednica na komodzie była spękana ze starości. Mamoru był ciekaw, czy wielka mosiężna spluwaczka, teraz wykorzystana jako donica dla okazałego i zadbanego filo­dendrona, rzeczywiście służyła kiedyś swemu celowi, czy też stanowiła tylko replikę, przypominającą epokę, w której spluwaczki były w powszechnym użyciu. Ciekaw drobiazgów z jej prywatnego życia, zgady­wał, jakie skarby kryje kilka ozdobnych pudełek stojących na toaletce przed lustrem w srebrnej ramie. Biżuteria? Grzebienie do włosów? Spinki należące do dawnych kochanków? Ta myśl zdecydowanie mu się nie spodobała. Nie chciał wyobrażać sobie Usagi z innym mężczyzną.
Zaskoczony nagłym przypływem zazdrości, oparł czoło o tył jej głowy. Jej włosy lekko go połas­kotały. Miała piękne włosy. Można je było nazwać złocistymi, ale z bliska było widać, że jest to mie­szanka kolorów od zrebnego do złocistego. Pa­chniały tajemniczo i kobieco, tak jak kobiece włosy powinny pachnieć. Mężczyzna mógłby całe życie de­lektować się takim zapachem. No, ale Usagi była kobietą, którą mężczyzna mógłby całe życie odkry­wać od nowa. Olśniło go, że chciałby właśnie to robić: spędzić życie, poznając kobietę, która teraz spała koło niego. Zakochał się w Usagi.
Leżał spokojnie, pozwalając, by ta świadomość i jej konsekwencje znalazły swoje miejsce w jego mózgu.
Powinny grać trąby, rozbłyskiwać fajerwerki i wyć syreny, pomyślał. Tymczasem istniała tu tylko spokoj­
na wygoda sypialni, przytulna miękkość jej łóżka, cichy szept jej oddechu. I jakoś było to bardziej znaczące niż fanfary. Mamoru zawsze myślał, że zakochiwanie się będzie powolnym procesem, że zapragnie stabilizacji i stałego związku stopniowo, w miarę rozwijania się znajomo­ści. Ale to było dawniej. Nic dziwnego, iż mówi się, że ktoś wpadł! Wrażenie było porównywalne ze skokiem z samolotu na dziesięciu tysiącach metrów, a on wylądował na miękkim łóżku z koronkami, z kobietą, która rajsko pachniała. Gwarantowany zawrót głowy dla trzydziestoletniego mężczyzny. Podparł się na łokciu i prawą ręką odgarnął jej włosy z karku. Pocałował Usagi w szyję i leciutko dmuchnął jej do ucha. Mruknęła coś przez sen, protestując. Jeszcze raz pocałował delikatną skórę za uchem i znowu wywołał mruknięcie, tym razem z to­warzyszeniem ruchu ramienia. Uśmiechając się z włas­nej niecierpliwości, położył głowę na powrót na po­duszce, objął Usagi ramieniem w pasie, jak poprzed­nio, i umościł się jak najbliżej, czekając na dzwonek budzika.
Gdy budzik zadzwonił, przyglądał się, jak maca na ślepo, chcąc go wyłączyć. Fascynował go wyraz jej twarzy, gdy hałas bezlitośnie wdzierał się w jej sen, i bawiła nietypowa niezdarność ruchów. Śledził jej reakcje, gdy zdała sobie sprawę z obecności mężczyzny i przypomniała wydarzenia ostatniej nocy. Uznał, że nigdy nie była piękniejsza niż wtedy, gdy zamrugała, uśmiechnęła się i powiedziała:
– Naprawdę zostałeś ze mną.
– Obiecałem, że zostanę. – Pocałował ją w czubek nosa.
– Cieszę się – powiedziała, przytulając się. Nagle coś jej przyszło do głowy. – Oj, dla ciebie to późna godzina, prawda? Czy przeze mnie spóźnisz się do pracy?
Przyciągnął ją bliżej i zamknął w uścisku.
– Mogę się spóźnić, ile chcę. Przecież jestem właś­cicielem firmy, nie?
– To bardzo miłe – westchnęła. – Niestety, ja nie jestem właścicielką mojej firmy i nie mogę się spóźnić.- Zamilkła na chwilę. – Mamo- chan?
– Mhm?
– Dziękuję. Za to, że przyszedłeś, że mnie przytula­łeś i… że zostałeś.
– Potrzebowałaś mnie.
– Ale nie musiałeś się aż tak głęboko angażować.
– Musiałem.
Uświadomiła sobie nagle, dokąd zabłądziła jego ręka.
– Dlatego, że mam fantastyczny tyłeczek?
– Dlatego, że jestem w tobie szaleńczo zakochany.
Usagi zamknęła oczy i jęknęła.
– Dla mnie jest zbyt wcześnie na grę słów.
– Grę słów? – Mamoru był załamany. Był taki szcze­ry. Jak mogła nie widzieć, że jest szczery? Nie słyszeć?
Czy ona tego nie czuje? Jak to możliwe? Wszystkie myśli i uczucia odbiły się na jego twarzy. Usagi nagle oprzytomniała.
– Nie mówiłeś serio… – zaśmiała się niepewnie, jakby nie całkiem zrozumiała dowcip. – Mamoru, pro­szę, przestań. Jesteś rannym ptaszkiem, ale ja nie potrafię jasno myśleć o wpół do siódmej.
Brunet czuł się, jakby dostał po głowie.
– Tu nie chodzi o jasne myślenie ani o grę słów. Mówiłem serio – oświadczył, teraz już zły. – Nie mo­żesz trywializować miłości. To siła natury. Jak przyciąganie ziemskie. Albo siła odśrodkowa.
– Zaczynam myśleć, że naprawdę mówiłeś poważ­nie. – Usagi była oszołomiona. Wyraz jego twarzy upewnił ją, że rzeczywiście tak jest. Usiadła. – Mamoru- chan, proszę cię, nie rób tego.
Także usiadł na łóżku, naprzeciw niej, i chwycił ją za przeguby, domagając się uwagi.
– Ostatniej nocy coś się zdarzyło. Coś specjalnego.
– Tak – powiedziała z czułością. – Ja też tak uwa­żam. Strasznie cię potrzebowałam i przyszedłeś, i trzymałam się ciebie, bo mnie rozumiałeś, troszczyłeś się i uspokajałeś. Nigdy nie zapomnę, jak dobrze było mieć cię tutaj.
Mamoru wydawało się, że specjalnie udaje, że nie wie, o co mu chodzi. Puścił jej przeguby.
– Czy nie czujesz, co się między nami dzieje? Chcę budzić się koło ciebie przez resztę życia.
– Wielkie nieba – jęknęła. – Mam ducha na drzewie i romantycznego wariata w łóżku.
Mamoru uniósł jej dłonie ku swojej twarzy.
– Jeśli jestem wariatem, to dlatego, że zwariowałem przez ciebie. Jesteś piękna i słodka, i masz fantastyczny tyłeczek, i pachniesz nieziemsko, i masz płatki śniegu na poszewkach poduszek, i…
– To był twój pierwszy raz – powiedziała, nie mogąc uwierzyć w realność całej sytuacji. – By­łeś najstarszym na świecie prawiczkiem, a ostatniej nocy cię poniosło i teraz wydaje ci się, że jesteś zakochany.
– Nie wyśmiewaj się ze mnie. Nigdy dotychczas tak się nie czułem i żadnej kobiecie nie powiedziałem takich słów. I doskonale wiesz, że to nie był mój pierwszy raz!
Usagi głośno wypuściła powietrze z płuc.
– Nie mogę teraz o tym rozmawiać.
– Ubierz się, to zabiorę cię na śniadanie. Poroz­mawiamy, jak już napijesz się kawy.
– Nie chodzi mi o teraz – w tej chwili, tylko o teraz – gdy mam ducha na drzewie i powracający koszmar senny.
Oparł jej dłonie na swoich ramionach, potem przesunął swoje wzdłuż jej rąk. Zatonął spojrzeniem w oczach dziewczyny.
– Kocham cię.
Przez chwilę myślał, że się rozpłacze. Ona też się tego bała. Mamoru był pełnym życia, seksownym mężczyzną, który patrzył na nią tak, że każda rozsądna kobieta po usłyszeniu takich słów padłaby mu w ra­miona. Nie padła mu w ramiona. Pochyliła się tylko do przodu tak, że oparła czoło o jego pierś, i jęknęła.

***

– Nie to miałem na myśli, gdy zaproponowałem ci śniadanie – narzekał, wyjmując francuską bułeczkę z pojemnika.
– Nie mamy czasu na wyrafinowane jedzenie. Za dwadzieścia minut muszę być w szkole. A to jest dobre. Szynka, jajka i ser. Prawdziwe, sycące jedzenie.
„Mhm” bruneta mówiło wyraźnie, co o tym myśli. Usagi zjadła pół swojej bułeczki i odłożyła resztę.
– Mamoru…
– Nie mów mojego imienia takim tonem. Czuję się, jakbym znów był w szkole.
– Przepraszam, jeśli zepsułam to, co miało być niezwykłą chwilą.
– „Niezwykłą”? – Jego głos ociekał sarkazmem.- Mężczyzna mówi kobiecie, że jest w niej zakochany.
Cóż w tym takiego niezwykłego?
Gorycz w głosie sprawiła, że Usagi zro­biło się strasznie przykro.
– Ostatnia noc była cudowna – powiedziała cicho, sięgając przez stół, by przykryć jego dłoń swoją. – Po prostu uważam, że nie jest to dla żadnego z nas właściwy czas na… podejmowanie życiowych decyzji.
Mamoru rzucił jej niechętne spojrzenie.
– „Podejmowanie życiowych decyzji”? – parsknął i sięgnął po nie dojedzoną połówkę bułki blondynki.
– Wszystko jest takie poplątane – powie­działa. – To, co zdarzyło się między nami, było nie­zwykłe, i wiesz, że nigdy bym cię nie poprosiła o pozostanie, gdyby mi na tobie nie zależało. Ale nie wiem, ile z tego było czystą chemią, a ile czymś w rodzaju opóźnionego szoku po strachu i wdzięczno­ści, że mam się na kim oprzeć.
– Nie ma nic poplątanego w tym, co do ciebie czuję.
– Skąd wiesz? Słuchaj, nie jestem naiwna. W tamtą niedzielę nie biegałeś sobie koło mojego domu dlatego, że ci się podobałam, czy że szczególnie o mnie się troszczyłeś.
– Ja…
– Troszczyłeś się o Zakątek, a ja znalazłam się w tym tylko dlatego, że to ja wezwałam policję w środku nocy. Na wszelki wypadek chciałeś wiedzieć, co się dzieje.
– Bezwzględny przedsiębiorca. Nic się nie liczy oprócz zysku. Czy właśnie tak o mnie myślisz?
Usagi parsknęła ze zniecierpliwieniem.
– Nie widzę cię jako jakiegoś pazernego kapitalisty bez serca. Dlaczego nie miałbyś się troszczyć o Zakątek? To twoje dzieło… – przerwała i zmarszczyła brwi. – Z czego się śmiejesz?
– „Pazerny kapitalista bez serca”?
Zdecydowała nie zwracać na niego uwagi, by go nie zachęcać.
– Uwielbiam, gdy używasz takich wyrażeń. Uwiel­biam ciebie, gdy ich używasz. Jesteś nie tylko piękna, ale i dowcipna.
– Zainteresowałeś się mną dopiero w ostatnią nie­dzielę – upierała się. – Kiedy byłam roztrzęsiona tym duchem. Zająłeś się mną. Napoiłeś mnie winem i wy­słuchałeś…
– Planowałem, jak cię uwieść.
– Lubisz czuć się potrzebny.
– Każdy to lubi.
– Ale ty szczególnie. To leży w twoim charakterze. A ja się na tobie oparłam, bo poczułam się bezradna. Skąd wiesz, czy przynajmniej część tego, co nazywasz miłością, nie jest po prostu reakcją na mój stan?
– Bo potrzeby, jakie we mnie zaspokajasz, dalece wykraczają poza moją potrzebę bycia potrzebnym.
– Jeśli tak jest, to nie musimy się śpieszyć, prawda?- spytała.
– Mam trzydzieści lat. To nie jest zauroczenie czy przelotne zakochanie. Czuję się, jak­ bym spadł z urwiska.
– Poznałeś mnie w dość niezwykłych okolicznoś­ciach. Nie zawsze będę w stanie kryzysu. Wcześniej czy później uporam się z moim duchem i moimi lękami. Może zanim będziesz składać jakiekolwiek oświadcze­nia, poczekaj i zobacz, jak ci odpowiada samodzielna Usagi Tsukino?
Mamoru wciągnął oddech przez zaciśnięte zęby.
– Nie uda ci się mnie wyłączyć – ostrzegł ją. – Nie będziemy udawać, że nigdy się nie spotkaliśmy, czy że
nigdy się nie kochaliśmy.
– To byłoby głupie, nie?
Wzrok Mamoru wyraźnie potwierdzał, jak bardzo głupie by to było. Zapadła męcząca cisza.
– Muszę iść do szkoły – powiedziała w końcu.

***

– Mówisz, że wie o wszystkim, co wydarzy­ło się w okolicy w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat?
– Według Tsuki jest chodzącą miejscową kroniką- powiedziała Usagi. – Ma prawie dziewięćdziesiąt lat i świetną pamięć. Tsuki mówi, że nagrania jego wspomnień, które mamy w bibliotece, są niesamowite.
– To może być tutaj. Zobacz, czy uda ci się odczytać nazwisko na skrzynce pocztowej.
– Ihara. To tu.
Brukowana droga doprowadziła ich do domu. Wzdłuż całej ściany frontowej ciągnął się ganek, na którym ustawiono trzy fotele. W tym, który stał najbliżej drzwi, siedział starszy mężczyzna. U nóg leżał stareńki pies, mieszaniec owczarka o siwym już pysku. Na widok gości uniósł głowę, po czym wstał niechętnie, przeciągnął się i szczeknął na wszelki wypadek.
– Ihara- san? – spytała Usagi. – Jestem Usagi Tsukino. Dzwoniłam do pana.
Starzec opuścił rękę i podrapał psa za uszami.
– Siadaj, Taro. To pani nauczycielka. Nikomu nie zrobi krzywdy.
Taro rzucił jej podejrzliwe spojrzenie, opadł z po­wrotem na podłogę i wydał dźwięk przypominający westchnienie. Twarz starca była pomarsz­czona, ale jego oczy błyszczały inteligencją. Utkwił spojrzenie w blondynce.
– A ten tu to paniny przyjaciel?
– To mój sąsiad, Mamoru Chiba – wyjaśniła.- To on zbudował domy w Zakątku.
– Ach, tak? – Ihara rzucił Mamoru niechęt­ne spojrzenie. – No cóż, siadajcie. Nie ma co męczyć nóg. – Wyciągnął ramię, wskazując puste fotele. Zapadła cisza, którą po chwili przerwała Usagi.
– Proszę pana, interesuje nas rolnik, który miał farmę w Zakątku. Nazywał się Toyama- san. Czy pan go pamięta?
Ihara rozważał coś przez chwilę.
– Shiba Toyama? Tak, znałem go. Znałem też Juri. Odwiedzały się czasem z moją żoną, plotkowały i zajmowały się takimi tam babskimi sprawami. Nigdy bym nie dał wiary, że ucieknie. Ale piękna z niej była kobieta i jeśli wbiła sobie do głowy, żeby puścić Shiba kantem, to na pewno nie było jej trudno znaleźć faceta, który by ją zabrał. Tamtego roku ciężko im było. Bardzo ciężko.
– Dlaczego? – spytała Usagi.
– Wszystkim było ciężko, mieliśmy zły rok. Za mało deszczu, wiec kiepskie plony. Shiba wy­schła studnia i woził wodę dla zwierząt i na pola. A potem złamał nogę i musiał nająć parobka do pomocy. Cienko już przędli, ale nie miał wyjścia, bo całe gospodarstwo poszłoby na marne. Więc poszedł do banku i Shibata- san dał mu pożyczkę na najęcie parobka i wywiercenie no­wej studni. – Parsknął i poruszał przez chwilę szczę­kami, jakby coś żując. – Shibata- san dawał du­żo takich pożyczek. Wiedział, że Toyama nie bę­dzie mógł spłacić, ale mu dał. Czasy były złe i wszyscy myśleli, że Shibata to święty. Aż przyszły terminy spłat, a on nie chciał ich przedłużać. Jeden dobry rok i Shiba by mu wszystko oddał, ale Shibata- san nie słuchał niczego i nikogo. – Fotel zaskrzypiał, gdy starzec zaczął koły­sać się tam i z powrotem. – Zachodzili w głowę, co robić, by nie stracić ziemi. Nie mieli gdzie iść.
– Więc Juri- san uciekła?
– Tak gadali. Nikt nic o niej więcej nie słyszał, ale walizki nie było. W mieście był komiwojażer, taki goguś. Pytał o nią w sklepie, no to wszyscy dodali dwa do dwóch, jak zniknęła równocześnie z nim. – Potrząsnął głową. – Nigdy bym w to nie uwierzył. Może kobieta i zostawi mężczyznę, jak czasy są złe, ale jak można zostawić dziecko?
Mamoru i Usagi wymienili zaskoczone spojrzenia.
– Mieli dziecko? – zapytał brunet.
– Dziewczynkę – potwierdził Ihara. – Kunie- chan jej było. Straszna to była historia. Wróciła ze szkoły i znalazła tatę wiszącego na drzewie. Mówili, że nigdy się z tego nie otrząsnęła.
– Co się z nią stało?
– Nie miała nikogo, jak matka uciekła, a ojciec umarł, i żadnych bliskich krewnych. Poszła mieszkać u wdowy Goto- san w miasteczku, a jak była trochę starsza, pracowała w sklepie. Była tam, aż sklep zamknęli, jakieś dziesięć lat temu. Nie słyszałem, żeby wyszła za mąż.
– Żyje jeszcze?
– Nie słyszałem, co by nie żyła, ale ja już się tak nie ruszam z domu. – Zamruczał coś pod nosem.- Nie ma już z kim porozmawiać, nawet gdybym się ruszył. Ci, co ich znałem, umarli.
– A czy jest ktoś, kto mógłby wiedzieć coś o Kunie Toyama? – spytała Usagi.
Fotel przestał skrzypieć, bo mężczyzna oparł nogi o ziemię i zamyślił się.
– Chyba Ichiro- san powinni wiedzieć. To był ich sklep. Najpierw prowadził go Seiki, aż umarł, a potem Aiko, jego córka, i jej mąż. On się nazywał Toin. Toin Endodo. Ciągle mieszkają w starym domu Ichiro, przy dawnej drodze do centrum. Jeśli ktoś coś wie o Juri, to oni.
Ihara znowu zaczął się kołysać. Tora warknął przez sen i poruszył tylną nogą. Usagi wyjęła notatnik
z torebki i zapisała podane przez starca nazwiska.
– Czy słyszał pan coś o tym, że w Zakątku straszy?
– Od lat tam straszy – oświadczył Ihara spo­kojnie. – Ludziom tutaj nie spodobało się, że człowiek sam się zabił, szczególnie że był pijany. Pochowali go poza cmentarzem. Juri robiła o to hałas, ale tak się należało. Potem ludzie zaczęli widywać Toyama– san na drzewie, tak jak Juri go znalazła, gdy tamtego dnia wróciła ze szkoły do domu.
– Czy rozważano kiedykolwiek przeniesienie gro­bu?
– Nie, panienko. Juri przez długi czas chciała ich przekonać, ale w końcu dała spokój, a potem chyba nikomu już nie zależało. Tam w Zakątku nikt nie mieszkał przez lata, aż w końcu przyszli i zbudowali te pudełka. – Skrzywił się. – Seg-men-ty. Ludzie żyją jedni na drugich, a domy stoją tak ciasno, że się słyszy, jak sąsiad chrapie. – Pochylając się naprzód, Ihara utkwił jastrzębie spojrzenie w Mamoru. – Przepraszam, jeśli ranie pana uczucia, ale tak właśnie czuję. Seg-men-ty. Ludzie jedni na drugich. Nic dob­rego z tego nie może wyniknąć. – Ze świszczącymoddechem opadł na oparcie fotela. – Jeszcze o czymś chcieliście porozmawiać?
– To już chyba wszystko – oznajmił Mamoru sucho, gdy Usagi zaczęła się zbierać.
– Dziękuję, że zechciał pan się z nami spotkać- powiedziała, kiwając głową na pożegnanie starszemu człowiekowi. – Bar­dzo nam pan pomógł.
Wrócili do samochodu.
– Ale postać – powiedział Mamoru, gdy już siedzieli w środku.
– Przytomny i bystry – przytaknęła Usagi.- Musi być samotny w tym domu, gdy jego żona i wszyscy przyjaciele umarli. Tsuki- chan mówiła, że stanow­czo odmawia przeniesienia się gdzieś, gdzie byłby wśród łudzi.
– Tak, jasno powiedział, co myśli o byciu wśród ludzi.
– Czy jego słowa sprawiły ci przykrość?
– Usako, jestem przedsiębiorcą budowlanym. Już to wszystko słyszałem. Biorąc pod uwagę jego wiek i poglądy, i tak potraktował mnie ulgowo. Całe życie pracował na roli. Musi mu się wydawać, że niszczy się teraz wszystko, dla czego pracował.
Toyama miał córkę. Noda- san o niej nie wspominała.
– Myślisz, że jeszcze żyje?
– Ihara- san nie powiedział, ile miała lat, ale dał do zrozumienia, że wtedy była dzieckiem.
– Co by oznaczało, że teraz ma sześćdziesiąt parę lat.
– Chcę ją odnaleźć. Dotychczas wszystkie informa­cje pochodziły od osób trzecich. Chciałabym od niej
usłyszeć, co stało się z jej ojcem. Wiesz może, gdzie jest „stary dom Ichiro”?
– Tu w okolicy zostało jeszcze trochę starych domów. Zapisałaś to drugie nazwisko?
– Tak. Będę musiała poszukać w książce telefonicznej i podzwonić.- Usagi zamyśliła się na chwilę. – Czy jesteśmy w pobliżu starego cmentarza?
– Chcesz poszukać grobu?
– Jeszcze jest widno. Co ty na to?
– Pani życzenie jest dla mnie rozkazem. Ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Cmentarz jest w bardzo złym
stanie. Wątpię, byśmy tam coś znaleźli.
Widok cmentarza potwierdził pesymizm Mamoru. W spękanym asfalcie na dawnym parkingu rosły
chwasty, żelazna brama nierówno wisiała na zardze­wiałych słupkach. Obeszli cmentarz wokół po zewnętrznej stronie ogrodzenia, szukając jakiegoś śladu grobu, ale nic nie znaleźli. Gdy wrócili do punktu wyjścia, Usagi wpatrzyła się w zardzewiałe litery napisu oznajmiającego, że jest to cmentarz, i zmarszczyła brwi.
– Rozczarowana? – zadał retoryczne pytanie Mamoru.
Westchnęła.
– Myślałam, że będzie tu coś wskazującego na grób- jakiś wzgórek, wypukłość ziemi, kopiec kamieni, cokolwiek. Nikt by nie zgadł, że gdzieś tu pochowano człowieka. Zastanawiam się, ile jest nie oznaczonych grobów. Może w tej chwili stoimy na jakimś?
Od tej myśli przeszedł ją dreszcz. Mamoru objął ją za ramiona i przytulił.
– Chodź. Może coś znajdziemy w środku.
Napisy na niektórych nagrobkach stanowiły inte­resującą lekturę, ale większość była zaopatrzona jedynie w nazwiska i daty. Sporo płyt było nie do odczytania, zniszczonych przez czas, przewróconych lub kruszących się. W parnym cieple wieczoru atmosfera cmentarza wydawała się wręcz dusząca. Mamoru wyczuł, że Usagi poddaje się przy­gnębieniu.
– Chodźmy stąd – powiedział. – Słońce za chwilę zajdzie.
Pojechali do restauracji nastawionej głównie na obsługę młodych osób. Wewnątrz tętniła muzyka, toczyły się rozmowy i rozlegały wybuchy śmie­chu. To miejsce stanowiło znakomitą przeciwwagę dla ponurej i ciężkiej atmosfery cmentarza, więc gdy po kolacji dotarli do domu Usagi, byli w zdecydowanie
lepszym nastroju.
– To dziwne – stwierdziła, wchodząc do salonu. – Wciąż czuję tu zapach róż, a wyrzuciłam je po powrocie ze szkoły. Myślałbyś…
– Nie myślałbym o różach – przerwał Mamoru, biorąc blondynkę w ramiona. – Czy wiesz, ile godzin upłynęło od naszego ostatniego pocałunku?
– Trzy – wyliczyła. Bardzo dokładnie ją wycałował przed wyjazdem.
– Trzy najdłuższe godziny w moim życiu – oznajmił, pochylając się. Całował ją żarliwie, przyciągając jej ciało do swojego i mrucząc z niecierpliwości. Zsunął dłonie na pośladki dziewczyny i przywarł lędźwiami do jej bioder, by poczuła jego podniecenie. Przewędrował pocałunkami od ust przez szyję i wzdłuż wycięcia bluzki.
– Z tobą jest mi coraz lepiej – z tru­dem złapał powietrze. – Jak to możliwe? – Wypro­stował się, ale trzymał ją mocno w pasie i patrzył prosto w oczy. – Tym razem jestem potrójnie przygo­towany. Miejmy nadzieję, że wystarczy. A teraz chcę cię zanieść do sypialni, zanim zaczniemy doświadczal­nie sprawdzać, czy dwucentymetrowej grubości wy­kładzina dywanowa na półcalowej płycie i szlichcie betonowej jest wygodna.
Parę godzin później Usagi podparła się na łokciu i spojrzała w dół na Mamoru.
– Myślę, że powinieneś dzisiaj wrócić do siebie-powiedziała.
– Gdybym był w stanie się ruszyć i gdybym w ogóle chciał się ruszyć, to tylko razem z tobą – oświadczył.
Leżeli w łóżku, wyczerpani i całkowicie zaspokojeni. Kochali się dwa razy, najpierw z taką samą niecierpliwością, jak poprzedniej nocy, potem wolniej, odkrywając nowe przyjemności i subtelności w dotykaniu się i pieszczeniu.
– Mówię poważnie. Nie możemy…
– Czego nie możemy? – Ujął kilka kosmyków jej włosów i muskał sobie nimi twarz.
– Razem mieszkać.
Przywołał dość energii, by obrócić głowę i wtulić w jej szyję.
– Ale świetnie nam to wychodzi. – Pocałował ją głośno w ramię. – Wspaniale. – Jeszcze jeden pocału­nek i zmysłowe westchnienie. – Zadowalająco. Rób­my to oficjalnie. Mój dom czy twój?
– Bądź poważny – zaprotestowała, bez przekonania usiłując się odsunąć. – Jeszcze za wcześ­nie, powiedziałam ci, że nie mogę podejmować teraz żadnych…
– …życiowych decyzji – dokończył za nią.
Udało jej się usiąść.
– Nie śmiej się ze mnie. Nie jestem gotowa na ten rodzaj zaangażowania.
– Godzinę temu byłaś.
Usagi owinęła się prześcieradłem i skrzyżowała ramiona.
– Nie mieszaj tego z seksem. Mamy niewątpliwie wysoki współczynnik dopasowania seksualnego…
Mamoru wzniósł oczy w górę zniecierpliwiony.
– „Wysoki współczynnik dopa­sowania seksualnego”?!
– Nie zmieniaj tematu.
– Czy masz jakiś słownik takich pokrętnych powie­dzonek do wtrącania w czasie dyskusji?
– Nie słuchasz. Specjalnie…
– A jak wyliczasz ten współczynnik dopasowania seksualnego? – nacierał. – Skąd bierzesz wa­rtości numeryczne, by stworzyć współczynnik czegoś tak subiektywnego i intymnego jak dopasowanie seksualne?
Usagi opadła na poduszki z jękiem i naciągnęła na głowę prześcieradło. Nie był to najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę, że większa część Mamoru znaj­dowała się pod tymże prześcieradłem. Wsunął głowę do środka i oparł na poduszce obok blondynki, po czym odwrócił palcem jej głowę w swoją stronę, aż popatrzy­ła mu w oczy.
– Nie ma sensu, żebym wychodził. Już spróbowali­śmy zakazanego owocu.
– Więcej niż spróbowaliśmy. Obżarliśmy się! – pa­rsknęła śmiechem.
Jej przypływ humoru dodał mu odwagi.
– Usako, między nami jest coś więcej niż seks.
– Wiem.
– Więc dlaczego…
– Nie chcę cię w mojej łazience!
– Jest jeszcze druga w tym domu.
– Na wszystko masz odpowiedź, co?
– Nie mam odpowiedzi na to, dlaczego leżymy pod prześcieradłem i kłócimy się.
Usagi trzymała górną część prześcieradła. Teraz wyciągnęła ręce wzdłuż ciała, odkrywając ich głowy i ramiona.
– Bo nie słuchasz. Ja po prostu nie jestem gotowa na taki układ, w którym spędzalibyśmy razem całe
noce. I musisz to zaakceptować.
Mamoru przekręcił się i uderzył pięścią w materac.
– Kobiety! – Położył dłoń na sercu i powiedział dramatycznym falsetem: – Nie zależy ci na mnie! Chcesz tylko seksu. Nie chcesz nawet potem zostać i po prostu pobyć ze mną przez chwilę.
– Rozumiem, że to cytat z innej kobiety.
– Z każdej kobiety, jaką kiedykolwiek słyszałem skarżącą się na mężczyzn. A ja musiałem zakochać się w jedynej kobiecie w całym cywilizowanym świecie, która chce, żebym wyszedł po nieprawdopodobnym, nieopanowanym, całkowicie niepowtarzalnym kocha­niu się.
– I kto tu teraz korzysta ze słownika pokrętnych powiedzonek?
– I kto wykręca się do odpowiedzi?
– Zbyt na mnie naciskasz – zaprotestowała.
– Nic na to nie poradzę. Kocham cię.
– Dla mnie to nie jest takie proste ani takie szybkie. Nie mogę w jednym tygodniu być niezależna i swobod­na, a w następnym związana. Szczególnie gdy tyle dzieje się poza naszym związkiem.
– Aha! – wykrzyknął triumfalnie. – Więc przyznajesz, że mamy związek!
– Gdybyśmy nie mieli, nie leżałbyś w moim łóżku nagusieńki, dochodząc do siebie po nieprawdopodobnym, nieopanowanym, całkowicie niepowtarzalnym kochaniu się!
Oparł się na łokciu i uśmiechnął uwodzicielsko.
– Lubi mnie pani, Tsukino- san. Niech się pani przyzna!
– Bardziej’ niż lubię – przyznała, choć słowa z tru­dem przeszły jej przez gardło. – Och, oczywiś­cie, że mi na tobie zależy, że kocham być z tobą, ale żyję w takim zamęcie. Pochlebia mi twoja wiara, że jesteś we mnie zakochany i chcesz ze mną być, ale nie pozwolę się wmanewrować w coś, na co nie jestem jeszcze gotowa. I proszę, nie patrz na mnie w ten sposób. Jestem tylko kobietą, a ty jesteś seksowny jak nie wiem co, i wykorzystujesz…
Przerwał jej pocałunkiem, nie namiętnym i pobu­dzającym, ale słodkim, krzepiącym i pełnym troski. Gdy uniósł głowę i spojrzał na nią, mogła w jego oczach odczytać miłość, żal i zrozumienie.
– Potrafisz odwołać się do lepszej strony mojego charakteru – powiedział. – Dobranoc, kochanie. Śpij dobrze. I pamiętaj, że wystarczy zadzwonić, a przy­biegnę.
Z jakiegoś pokrętnego powodu zwycięstwo zasmu­ciło raczej, niż uradowało Usagi.
– Mamo- chan… – powiedziała z westchnieniem.
Mamoru już naciągał spodnie.
– Nie jestem ze stali. Jeszcze jedno słowo, a nie będę w stanie wyjść, i przynajmniej jedno z nas obudzi się rano, bardzo mnie nie lubiąc. – Złapał koszulę i naciągnął, nie przejmując się guzikami potem wepchnął skarpetki do kieszeni i wsunął w buty gołe stopy. – Zamknę za sobą drzwi, ale obiecaj, że założysz łańcuch.

***

Japonia, Tokio – 1946
Podczas narzeczeństwa Mitsuko czuła chwilami zalążki budzącej się namiętności. Przy ogra­niczonej wiedzy na temat seksu, zaczerpniętej jedynie z bardzo pruderyjnej książki poświęconej ludzkiemu seksualizmowi oraz z przykładu zwierząt, snuła fan­tazje na temat miesiąca miodowego i spełnienia małżeństwa. Te fantazje miały formę ładnych obrazków, które pojawiały się w jej umyśle jak sceny z roman­tycznego filmu, z towarzyszeniem muzyki, narastają­cej, w miarę jak dochodzili do tego tajemniczego, magicznego momentu, o którym ludzie śnili.
W dziewiczo białym peniuarze, kupionym w czasie kompletowania wyprawy, wsunęła się w ramiona Kazuma. Pocałował ją tak, jak zawsze dotąd ją całował, a ona przytuliła się, ofiarowując siebie. Pocałunek trwał i trwał, dokładnie jak w jej fantaz­jach. Myślała, że nigdy się nie skończy, i marzyła, by trwał wiecznie. Była niecierpliwa, podniecona i żądna poznania sekretu kobiecego spełnienia. Gdy język męża wsunął się między jej wargi, poczuła nowy, tajemniczy przypływ energii, podniecający i skłaniają­cy, by jeszcze ciaśniej przywrzeć do mężczyzny w spo­sób, który byłby bezwstydny, gdyby nie był jej mężem. Więc tak to jest, myślała, a w jej głowie grała muzyka. To o to chodzi.
Kazuma ściągnął jej peniuar z ramion i całował kark, równocześnie podsuwając w górę koszulę nocną, aż
w końcu był w stanie dotknąć dłonią jej nagiego uda. Ten słodki, przelotny dotyk był jak zakąska postawiona przed głodującym człowiekiem. Pobudził i wzmocnił jego apetyt. Zamruczał zmysłowo, chciwie przesuwając dłonią po nagiej skórze. Dopiero po kilku sekundach jego umysł zarejest­rował fakt, że nagle zesztywniała, ale nawet wtedy nie dotarło do niego, co to oznacza. Silne pchnięcie w pierś pozwoliło mu zrozumieć, że nie przyjmuje już chętnie jego pieszczot. Zdumiony, powiedział pytająco:
– Mitsuko- chan?
Zarumieniona stała przed nim, z trudem łapiąc powietrze.
– Mitsuko? – powtórzył.
– Ja… zaskoczyłeś mnie – powiedziała.
Znowu objął ją z czułością.
– Tak mi przykro. Tak bardzo cię pragnę, że zapominam, by się nie śpieszyć. Tak długo czekałem, dziecinko. Tak długo.
– Wiem. Chcę… Teraz już nie spanikuję.
Ale spanikowała. Wpadała w panikę za każdym razem, gdy próbował jej dotykać tam, gdzie nikt dotąd jej nie dotykał. Sztywniała i odpychała męża. Po kilku takich próbach wybuchnęła płaczem. Kazuma przytulał ją, głaskał po włosach i pocieszał, jakby była dzieckiem.
– Jesteś zmęczona ślubem i tym całym zamiesza­niem. Pozwól, żebym cię dziś po prostu trzymał w ramionach, a gdy się obudzimy, będzie już nowy dzień.
Ale nowy dzień nie pomógł. Ani powrót do domu i znajomych, wygodnych kątów. I zawsze już towarzyszyła im świadomość, że gdy tylko próbują spełnić swoje małżeństwo, Mitsuko wpada w paraliżujące prze­rażenie. Przepraszała, Kazuma był cierpliwy i uspoka­jał ją, ale napięcie rosło. W następnych tygodniach wybuchało od czasu do czasu, jak budzący się wulkan.
– Przepraszam, przepraszam. Myślałam, że tym razem będzie inaczej. – Kobieta powtarzała te słowa jak litanię, a łzy spływały jej po policzkach.
– Za każdym razem myślisz, że będzie inaczej – po­wiedział. -I zawsze jest tak samo. Ko­cham cię, skarbie. Chcę się z tobą kochać.
– Wiem. I ja też chcę, ale… – Pociągnęła nosem.- Spróbujmy jeszcze raz. Proszę. Tym razem nie ucieknę. Ja…
Jęknął, sfrustrowany.
– Jesteś zbyt roztrzęsiona. Do diabła, ja też jestem zbyt roztrzęsiony. No już, daj się przytulić. Nie mogę znieść, kiedy płaczesz.
– Jak możesz mnie kochać?
– Kocham cię, bo cię kocham.
– Ale jak długo będziesz mnie kochał, skoro…- Koniec zdania stłumił szloch. – Skoro nie mogę być dla ciebie prawdziwą żoną.
Kazuma westchnął z rezygnacją.
– Po prostu będę kochać, jak długo potrafię.

Reklamy

5 thoughts on “Zabłąkane dusze. VIII

  1. Pierwsza rzecz, która mi się rzuciła to ten uśmiech zadowolonego właściciela… Boże, CI faceci 😛 I ta zazdrość, tak Mamoru- w tym kuferku na pewno leży cos podejrzanego 😀 Mam inne pomysły, niż spinki, ale może nie będę mu ich podsuwać, bo jeszcze biedaczyna zacznie proces inwigilacji nie ducha, tylko przeszłości Usagi 😛

    Druga rzecz to właściwie moje pytanie do samej siebie: co to jest kurcze makatka 😛 Sprawdziłam sobie już, ale wiesz co… czasami, kiedy czytam Twoje rozdziały to mam wrażenie, że ja nic nie wiem 😛 Nie z rozdziałów, z faktów 🙂

    Zauważyłam, pewnie niezbyt bystrze ( 😛 ), że lubisz fabularne nawiązania do dalszej przeszłości. Są tutaj, w nawiedzonym domu, tzn. Świetle Księżyca i w Housie, o którym zamierzam przypominać latami, a w razie potrzeby straszyć po śmierci 😛 I nie wiem czy gdzieś jeszcze…

    A przykład zwierząt jako materiału do edukacji seksualnej oczywiście nie uszedł mojej uwadze 😀

  2. Racjonalnie myśląca Usagi xD Taka opanowana – wychodzi z niej nauczycielka xD Ale zdroworozsądkowo myśląc to faktycznie za krótki okres znajomości na poważne decyzje. Boskie te ich rozmowy i emocje temu towarzyszące ^^
    Staruszek też genialne przedstawiony no i dzięki niemu mają już coś więcej ^^
    I wciąż intrygujące lata ’40, coraz bardziej. Ciekawe skąd ta blokada…?

    1. Genialne, fantastyczne!!! 😀 zupełnie inaczej, od innej strony podjęta historia i jeszcze wpleść w to wszystko duchy… fantastyczny pomysł 😉 szczerze mówiąc to myślałam, że Usagi prędzej, czy później pobiegnie z tym do Rei, no ale taka perspektywa tez jest kusząca ^^ weny życzę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s