Zabłąkane dusze. IX

Nieprawdopodobny, nieopanowany, całkowicie niepowtarzalny seks wyczerpuje nawet najbardziej męskich mężczyzn. Mamoru leżał w łóżku i oglądał wieczorne wiadomości, gdy naszło go takie zmęczenie, że wyłączył telewizor. Choć Usagi nigdy nie była w jego łóżku, brako­wało mu jej tam. Jej miejsce było obok niego, wszystko jedno, gdzie przebywali. Zasnął, zastanawiając się, ile czasu potrzeba, by zdała sobie z tego sprawę. Jakiś czas później z głębokiego snu wyrwał go przenikliwy głos dzwonka do drzwi. Wyskoczył z łóżka, natychmiast przytomny.
Usako!
Złapał spodnie, wsunął jedną nogę w nogawkę i ruszył ku drzwiom podskakując, usiłując w biegu naciągnąć drugą. Stała przed drzwiami, w dżinsach, koszuli nocnej i klapkach, z potarganymi włosami i nieprzytomnym spojrzeniem w oczach, zupełnie jak poprzedniej nocy. Gdy tylko uchylił drzwi, wpadła do środka i oplotła go ramionami.
– Nie chciałam przychodzić – powiedziała z twa­rzą wtuloną w jego szyję. Lgnęła do niego ze zdumiewającą siłą. – To takie niesprawiedliwe, skoro wy­słałam cię do domu, ale… – Odchyliła głowę, by spojrzeć mu w twarz. – Och, nie mogłam zostać sama. To było takie okropne. Musiałam przyjść.
Odsunął ją lekko, by mogła dokładnie zobaczyć jego twarz.
– Jestem tu, kiedykolwiek byś mnie potrzebowała. Kiedykolwiek. I nigdy, nigdy więcej nie przepraszaj, że
do mnie przychodzisz. – Przyciągnął ją do siebie zno­wu, przytulając mocno i głaszcząc po plecach. Stali tak przez dłuższą chwilę. W końcu blondynka przerwała milczenie.
– Nie możemy się dalej tak spotykać w środku nocy.
Mamoru usłyszał nutę histerii pod próbą żartu.
– Znowu sen?- Przytaknęła, nie odrywając głowy od jego piersi.- Naleję nam po kieliszku wina i porozmawiamy.
Gdy wrócił z kuchni z winem, siedziała w kącie kanapy, zwinięta w kłębek. Wyglądała na bardzo małą i bezbronną. Wzięła kieliszek i pociągnęła spory łyk.
– Która godzina?
– Za kwadrans czwarta.
– To nie fair wobec ciebie.
Objął ją ramieniem.
– Ja się nie skarżę.
Zapadła cisza. Usagi sączyła wino powoli, ale bez przerwy. Opróżniwszy kieliszek, odstawiła go na stolik.
– To był ten sam sen, tylko… gorszy.
– Jak gorszy?
– Dłuższy. Bardziej szczegółowy. – Objęła bruneta i przytuliła policzek do jego ramienia. Czuł, że pomaga
jej to walczyć ze strachem. Oddychała szybko i głębo­ko. – Był bardziej realistyczny. Ja… czułam wszystko
i widziałam… – Wciągnęła powietrze i wypuściła je. W jej głosie drżał strach, który powrócił – a może nigdy jej nie opuścił? – Ta postać przy oknie… Tym razem ją widziałam. To była… – Popłynęły pierwsze łzy. Zaszlochała.- Och, to była mała dziew­czynka. Widziałam ją wyraźnie. Miała na sobie bawełnianą sukienkę, a jej włosy były długie i zwinięte w loki. Wiesz, takie staroświeckie loki, jakie dziewczynki nosiły. Zaglądała do pokoju, miała szero­ko otwarte oczy i była… przerażona. – Przełknęła szloch i podniosła głowę. – To na pewno Kunie Toyama. Wprowadziłam ją do snu. Mój mózg tworzy ten koszmar, a ja nie wiem, co to znaczy, oprócz tego, że chyba tracę rozum.
Mamoru zrobił jedyne, co mógł: trzymał ją w ramio­nach, głaskał, całował, szeptał do ucha uspokajające słowa. Na wpół niosąc, zaprowadził ją do łóżka, podał chusteczkę, wytarł twarz wilgotnym ręcznikiem, a po­tem położył się obok i przywarł do niej całym ciałem, jakby osłaniając przed strachem, który groził, że ją zniszczy.
– Nigdy więcej nie musisz iść do tamtego domu- szeptał. – Nigdy więcej we śnie nie musisz być dalej ode mnie niż teraz.
Spali wtuleni w siebie, aż zadzwonił budzik. Mamoru wyłączył go i spojrzał na Usagi, tak głęboko uśpioną, że nawet się nie poruszyła. Ostrożnie wysunął się z łóżka, by jej nie obudzić. Włączył ekspres do kawy, wziął prysznic i ogolił się. Nalał kawy i usiadł przy stole, pijąc parujący płyn i zastanawiając się, co robić. Gdyby wiedział, do kogo zadzwonić z wiadomością, że Usagi jest zbyt chora, by przyjść do pracy, pozwolił­ by jej spać. Ale w szkole nikt nie odpowiadał, nikt też nie podnosił słuchawki w biurze kuratorium, więc napełnił kawą drugą filiżankę i zaniósł do sypialni.Chwilę trwało, zanim doprowadził ją do jako takiej przytomności.
– Jest wpół do siódmej – powiedział. – Co masz zamiar zrobić z pracą?
– Pracą? – Z widocznym wysiłkiem usiłowała sku­pić myśli. – Muszę iść.
– Musisz? Nie możesz powiedzieć, że jesteś chora i trochę odpocząć?
– Nie… Nigdy nie opuszczam lekcji.
– Nie mogą, załatwić zastępstwa?
– Jest bardzo mało czasu na załatwienie kogo­kolwiek.
– Potrzebujesz odpoczynku.
– Nie mogę.
– Możesz. Ja też zostanę w domu. Zrobimy sobie wagary, będziemy spać do południa, wypożyczymy jakieś stare filmy czy coś w tym rodzaju.
– Moja klasa dzisiaj właśnie ma oglądać film. Więc chyba nic by się nie stało…
– Kogo musisz zawiadomić?
– Dyrektora.
– Tu masz telefon – powiedział, zanim zdążyła zmienić zdanie. Gdy skończyła rozmawiać, zadzwonił do swego biura i wrócił do łóżka, ale Usagi już spała. Przeciągnęła się i ułożyła wygodnie koło nagiego ciała Mamoru.
– Masz na mnie zły wpływ. Przywiodłeś mnie do lenistwa.
– Zapomniałaś o rozpuście.
– To ci mogę wybaczyć.
Spali prawie do pierwszej, a potem kochali się.
– Miałbym ochotę zostać tu na całą wieczność.- Pocałował ją w czubek głowy.
Usagi pierwsza przerwała długą, przyjazną ciszę, która zapadła po jego słowach.
– Nie mogę tego zrobić. – Ton jej głosu powiedział mu, że podjęła jakąś decyzję.
– Czego nie możesz zrobić? – spytał, ze strachem oczekując odpowiedzi.
– Zostać tu, gdzie jest tak miło i bezpiecznie, i udawać, że dom przy Księżycowym Zaułku nie istnieje, a ja nie widziałam ducha wiszącego na drzewie. – W jej wielkich oczach błyszczała determinacja. – Nie mogę od tego uciec.
Mamoru odwrócił głowę.
– W gruncie rzeczy nie wierzyłem, że to zrobisz- powiedział smutno.
Znowu milczenie.
– Spłaciłam dopiero pierwszą ratę kredytu hipotecznego. Nie mogę tak po prostu odejść.
Mamoru nie odpowiadał. Po chwili milczenia dodała:
– To by zawsze tkwiło między nami. Nigdy nie byłabym w stanie dojść do ładu ze sobą, gdybym uciekła i nie próbowała wyświetlić tajemnicy.
– Znowu kłócisz się sama ze sobą – powiedział łagodnie. Gdy nie zareagowała, zapytał: – A więc, gdzie chcesz zjeść obiad, zanim wyruszymy na poszukiwanie duchów?

***

– Wciąż zajęte?
Usagi odłożyła słuchawkę i kiwnęła głową.
– Najpierw nikt nie odpowiadał, a teraz od godziny jest zajęte.
– To tylko kilka kilometrów stąd. Może po prostu tam podjedziemy?
– Wiesz na pewno, gdzie to jest?
– Jeśli to dom, o którym myślę, to znajduje się przy tym pustym odcinku drogi.
Nazwisko na skrzynce na listy potwierdzało, że znaleźli dom Endodo.
– Wygląda na to, że ktoś jest w domu – zauważył Mamoru, wskazując kilka samochodów stojących przed garażem.
Drzwi otworzył szczupły, wysoki nastolatek. Wyja­śnili pokrótce, z czym przyjechali. Chłopiec zastanowił się przez chwilę.
– Zawołam mamę – powiedział w końcu.
Zniknął, zostawiając Usagi i Mamoru przed drzwiami. Słyszeli jego donośny głos.
– Mama? Ktoś do ciebie w sprawie panny Kunie.
W drzwiach pojawiła się kobieta w wieku czter­dziestu paru lat, patrząc na nich z ciekawością.
– Aiko Endodo- san? – spytała Usagi i przed­stawiła siebie i Mamoru. – Chcielibyśmy odnaleźć Kunie Toyama. Ihara- san skierował nas do pani.
Aiko zawahała się, ale zaprosiła ich do środka. Weszli do pokoju, w którym dwoje dzieci siedziało przed telewizorem, grając w grę elektroniczną.
– Próbowaliśmy zadzwonić – powiedziała Usagi – ale najpierw nikt nie odpowiadał, a potem było cały czas zajęte.
– Mam troje nastolatków i jedno młodsze. Telefon jest zajęty, choć wszystkie dzieciaki mają komórki. Mój mąż i ja mamy osobną linię, z za­strzeżonym numerem. – Wskazała im kanapę, a sama zajęła stojący naprzeciwko fotel. – Powiedziała pani, że szuka informacji o Kunie Toyama?
– Mieszkam w Księżycowym Zakątku, w pobliżu daw­nego domu Toyama – wyjaśniła Usagi. – Interesuje mnie historia tych okolic i chciałabym poroz­mawiać z Kunie Toyama. Ihara- san sądził, że pani będzie wiedzieć, gdzie ona jest.
Aiko zawahała się.
– Tak, wiem, gdzie jest – powiedziała w końcu. Usagi źle zrozumiała przyczynę wahania.
– Żyje jeszcze?
– Och tak, żyje. – Aiko splotła palce i wpat­rywała się w nie dłuższą chwilę, zanim podniosła wzrok na blondynce. – Czy mogę wiedzieć, o czym konkretnie chciałaby pani z nią rozmawiać?
– O śmierci jej ojca.
Aiko opadła na oparcie fotela i westchnęła ciężko, najwyraźniej zastanawiając się, czy pomóc.
– Czy zgodziłaby się ze mną porozmawiać? Jak pani myśli? – Usagi nie dawała za wygraną.
– O, tak, na pewno. Tylko że… Kunie- chan jest tak… prostoduszna. – Uśmiechnęła się. – Całe życie nazywałam ją tak. Pracowała u moich rodziców jeszcze przed moim urodzeniem i wciąż była w sklepie, gdy zamknęliśmy go jakiś czas temu. – Ton jej głosu zmienił się nieco. – Właściwie powinnam traktować ją jak drugą matkę. Ale w gruncie rzeczy jest dla mnie bardziej jak adoptowane dziecko. Łatwo ją zranić.
– Absolutnie nie zamierzam jej zranić – zapewniła Usagi. – Po prostu chciałabym wiedzieć więcej o śmierci jej ojca.
Aiko wciągnęła głośno powietrze.
– Widziała pani ducha.
– Tak.
– Wielu ludzi go widziało. Wie pani, Kunie- chan nigdy nie uwierzyła, że jej ojciec się zabił. Uważa, że on wraca, bo… – Odgarnęła włosy z czoła i westchnęła.- Może niech lepiej ona sama wam to opowie. Proszę, pamiętajcie tylko, że jest bardzo… krucha.
– Będziemy pamiętać.
– Mieszka w domu spokojnej starości. Dam wam adres i telefon. Mają określone godziny wizyt i lubią, żeby umawiać się z góry.
– Bardzo pani dziękuję – powiedziała Usagi, gdy kobieta dała jej kartkę z adresem i numerem te­lefonu.
Aiko zawahała się, jakby niepewna, czy coś dodać, w końcu podjęła decyzję.
– Kunie- chan kocha rośliny, szczególnie kwit­nące. Ma cały parapet zastawiony doniczkami. Byłoby miło…
– Dziękuję, na pewno coś jej zawiozę – uśmiech­nęła się Usagi.
Gdy wsiedli wreszcie do samochodu, Usagi zadzwoniła do domu spokojnej starości.
– Możemy odwiedzić ją jutro między szóstą a siód­mą trzydzieści – poinformowała po rozmo­wie z recepcjonistką.
– Czyli dzisiaj mamy wolny wieczór. Może pó­jdziemy do kina?
– Czytałam, że znowu grają „Bambi” Disneya.
– Poszukajmy czegoś kompromisowego – zapro­ponował Mamoru i poszli na romantyczną komedię.
– Głodna? – spytał, gdy już jechali do domu.
– Nie tak bardzo – zaprzeczyła. – Śniadanie o pie­rwszej i obiad o trzeciej sprawiły, że mój żołądek nie
wie, co się dzieje.
– A może kupimy po drodze coś na wynos? Dotrzemy do domu akurat na wieczorne wiadomości.
– Zgoda, ale kupimy też Daifuku.
– Załatwione.
Znacznie później, gdy skończyli jeść i siedzieli na kanapie w stanie absolutnego rozleniwie­nia, Usagi oparła głowę na piersi Mamoru i powie­działa:
– Dzisiaj żadnych koszmarów. Nie mogłabym. Jestem zbyt… – westchnęła wymownie.
– Ja też. Chodźmy do łóżka.
– Dobrze – zgodziła się, oplatając bruneta ramio­nami i przyciągając jego usta do swoich. – Chodźmy.

***

Kwiaciarnia w pobliżu szkoły prowadziła sprzedaż promocyjną miniaturowych krzewów różanych. Usagi wybrała jeden, cały w malutkich, czerwonych różyczkach, i poprosiła o zapakowanie w ozdobną, czerwoną folię i obwiązanie kokardą w białe kropki. Krzaczek wyglądał zabawnie i pogodnie.
– Powinno jej się podobać – stwierdził Mamoru, gdy przyszedł po Usagi.
– Ciekawe, jaka ona jest – zastanawiała się głośno w samochodzie w drodze do domu spokojnej starości. – Według Endodo- san jest bardzo krucha. Mam nadzieję, że moje pytania jej nie rozstroją.
– Endodo- san najwyraźniej czuje się za nią od­powiedzialna. Gdyby uważała, że nasza wizyta ją rozstroi, nie dałaby ci adresu.
– Pewnie nie – zgodziła się blondynka.
Recepcjonistka w domu spokojnej starości kazała im się wpisać do książki wizyt i przypięła plakietki z napisem „odwiedzający”.
– Zawiadomię Toyama- san, że tu jesteście. Spotka się z wami za parę minut w pomieszczeniu dla odwiedzających. Prosto przez hol, potem w lewo. Zobaczycie napis.
Kunie Toyama nie była inwalidką, ale szła, jakby grube podeszwy jej butów zrobiono z ołowiu. Ramiona pochylała w sposób mówiący, że życie ją pokonało, a ona już dawno pogodziła się ze swoją klęską. Jej twarz, bez makijażu i bez wyrazu, otaczały przycięte krótko włosy. Ubrana była w bezkształtną sukienkę.
– To wy chcieliście mnie widzieć? – zapytała, ner­wowo poprawiając na nosie okulary. Nosiła grube szkła w niemodnych oprawkach, które nie poprawiały kształtu jej twarzy. Usagi pomyślała ze smutkiem, że wygląda jak osoba, o którą nikt nigdy się nie troszczył, i poczuła przypływ współczucia dla dziecka, na dwa sposoby porzuconego przez rodziców. Przedwcześnie zabrano jej dzieciństwo, a nigdy nie osiągnęła dojrzałości, na zawsze zatrzyma­ na w stanie dorosłego dziecka.
Usagi przedstawiła siebie i Mamoru i podała Kunie różyczkę.
– Endodo- san mówiła, że lubi pani rośliny. Przywieź­liśmy ten krzaczek dla pani.
Kunie była wyraźnie wzruszona.
– Jakie maleństwa. – Dotknęła ostrożnie jednego kwiatka, uśmiechając się.
Usiedli wokół niewielkiego stolika i zapadło nie­ zręczne milczenie. Pierwsza, o dziwo, odezwała się Kunie.
– Aiko- chan was przysłała?
– Powiedziała nam, gdzie panią znaleźć – wyjaś­niła Usagi.
– Co tam u niej? Wszystko w porządku?
– Wygląda na bardzo szczęśliwą osobę.
– Zawsze była taka pogodna – przytaknęła. – A jak jej dzieciaki? Rosną chyba jak na drożdżach.
– Cały czas wiszą przy telefonie – uśmiechnęła się
Usagi była zadowolona, że Kunie coś mówi. Kunie uśmiechnęła się.
– Swego czasu Aiko- chan wisiała na telefonie. Gdy Toin zaczął za nią chodzić, cały dzień gadali przez telefon albo siedzieli razem. Nawet jak szła pracować do sklepu, on kręcił się w pobliżu. Ichiro- san w końcu dał mu pracę, żeby mogła w ogóle coś zrobić. Nie przypuszczał chyba, że kiedyś Toin przejmie po nim sklep.
Zagubiona we wspomnieniach, przez chwilę bawiła się wstążką, aż w końcu wróciła do rzeczywistości.
Spojrzała na Usagi i Mamoru.
– W jakiej sprawie chcieliście się ze mną widzieć?
Gdy Mamoru pokrótce wyjaśniał sytuację, skubała wstążkę, ale po chwili opuściła ręce na kolana i wpatrzyła się w nich.
– Widziała pani mego tatę wiszącego na tym drze­wie? – Jej smutek był niemal namacalny.
– Nie wiem – powiedziała Usagi. – Widziałam jakąś postać. I wydawało mi się, że prosi mnie o pomoc. Ale nie wiem, co mogę dla niego zrobić. Myślałam, że może pani pomogłaby mi lepiej zro­zumieć sytuację. Kunie wytarła dłonie o sukienkę.
– Myślicie, że mój tata się powiesił? – Nie czekała na odpowiedź. – Wszyscy tak mówili. Mówili też, że, moja mama uciekła z mężczyzną, ale moja mama nigdy by nic takiego nie zrobiła.
– Ile pani miała lat, gdy to się zdarzyło?
– Mówili, że jestem za mała, by zrozumieć, ale nie byłam taka mała, żeby nie wiedzieć, że moja mama nigdy by tak nie uciekła i nie zostawiłaby mnie, a mój tata nie powiesiłby się na drzewie.
– Ile pani miała lat? – powtórzył Mamoru łagodnie.
– Dziewięć. Dziewięć lat. Mówili, że nic nie rozu­miem, ale ja wiedziałam. Mieliśmy stracić ziemie i wiedzieliśmy o tym, a mama i tata zastanawiali się, gdzie pójdziemy. Ale wszystko jedno gdzie, mieliśmy tam pójść razem. Tata to powtarzał setki razy. Mama kochała nas oboje. Nie uciekłaby.
– A po co ktoś miałby wymyślić taką historie?
– Ten, kto ich zabił, chciał, żeby ludzie tak my­śleli.
– Uważa pani, że pani ojciec został zamordowany?
Kunie spojrzała jej prosto w oczy.
– Tak, tak uważam. Zawsze to mówiłam, ale nikt mnie nie słuchał. Wszyscy mówili, że to niemożliwe, żeby mama uciekła, i czy to nie okropne, że tata zwariował i zabił się, ale chętnie w to jednak uwierzyli. – W jej głosie pojawiła się dawna gorycz. – I to wszystko tacy przyzwoici, uczciwi ludzie. – Oczy błysnęły karmionym przez półwieku gniewem. – Wiecie, że nie pozwolili go pochować na cmentarzu? Musieli zrobić to, co słuszne, a jakże. Nawet nie oznaczyli jego grobu.
– Byliśmy na cmentarzu – powiedziała Usagi.- Próbowaliśmy odszukać grób, ale nie udało nam się.
– Poszliście poszukać grobu mojego taty?
– Usagi tak chciała – przytaknął Mamoru.
Zapadła cisza, w której każde z nich rozmyślało o pochówku w nie oznaczonym grobie.
– Jak pani myśli, co stało się z pani rodzicami?- spytała w końcu Usagi.
– Ktoś ich zabił.
– Czy mieli wrogów?
– Nie, nie mieli żadnych wrogów. Wszyscy ich lubili. Moją mamę wszyscy kochali i mówili, jaka z niej miła kobieta. A tata był dobrym człowiekiem. Dobrym sąsiadem, który zawsze chętnie pomagał innym.
– Więc dlaczego? Dlaczego ktoś miałby ich zabić?
– Nie wiem – westchnęła, wycierając dło­nią łzę. – Może jakiś obcy? Ktoś, kto był przejazdem? Na przykład ten komiwojażer? Nic poza tym nie ma sensu. A teraz już się chyba nigdy nie dowiemy.
Mamoru poprawił się na krześle i pochylił do przodu, opierając łokcie na udach.
– Załóżmy, że ma pani rację.
Kunie pociągnęła nosem z wyższością.
– Nie musicie niczego zakładać. Musicie mi po prostu wierzyć, kiedy mówię prawdę.
– Więc jak to się odbyło?
– Moją mamę albo zabili, albo porwali. Była ładną kobietą, wszyscy tak mówili. Pewnie jakiemuś mężczyźnie wpadła w oko i porwał ją. Może nawet ten komiwojażer. Może ją związał i zabrał. Ale jeśli tak było, to potem ją zabił.
– Dlaczego pani tak sądzi?
– Bo mama mnie kochała. Gdyby mogła coś na to poradzić, to by mnie nie zostawiła. Gdyby żyła, to choćby nie wiem co, wróciłaby po mnie.
– A pani ojciec?
– Dali mu po głowie i powiesili na drzewie, żeby nie gadał. Walczyłby, żeby obronić moją mamę, ale noga ciągle go bolała. Więc dali mu po głowie.
– Czy nie było śledztwa? – spytała Usagi. – Czy policjanci, czy kto tam badał okoliczności śmierci, nie oglądał ciała?
– Jak już tatę zdjęli z tego drzewa, nikt nawet na niego nie spojrzał. Nawet gdy powiedziałam o krwi. Wisielcy tak nie krwawią.
Mamoru i Usagi ożywili się.
– Krew? – spytał brunet.
– Tak, proszę pana. To było najgorsze. Całą głowę z tyłu i koszulę miał zakrwawioną.
– I tego nie sprawdzili? – spytała Usagi niedowierzająco.
– Powiedzieli, że mój tata śmierdział alkoholem, więc pewnie upadł i uderzył się w głowę. A potem pytali, gdzie jest mama, i popatrzyli do szafy, i spytali, czy mamy walizkę. I stwierdzili, że jak nie ma ani mamy, ani walizki, to pewnie mama uciekła.
– A skąd w tym wszystkim wziął się komiwojażer?
– Poprzedniego dnia mama była w sklepie w mias­teczku, a kiedy wyszła, to jakiś komiwojażer pytał ludzi kim mama jest i gdzie mieszka, i powie­dział, że piękna z niej kobieta. Komuś to się przypomniało, jak usłyszał, że mama zniknęła, i powiedział policjantom. Szukali tego człowieka, ale go nie znaleźli.
– Dość kruche podstawy do wysnuwania wnios­ków – stwierdziła Usagi.
– To były lata trzydzieste- zauważył Mamoru.
– Wtedy ludzie mieli znacznie prostsze podejście do wielu rzeczy – powiedziała Kunie. – Nie było tylu rozrywek. No, więc chyba lubili sobie poplotkować. Nieważne, czy coś było prawdą, ważne, żeby dotyczyło kogoś innego.
– Zgodnie z powszechną opinią, pani ojciec był pijany – powiedziała Usagi. – Czy nie mógł się upić i…
– Od czasu do czasu lubił sobie wypić, ale nie był pijakiem. I na pewno nie piłby w środku dnia. Co to, to nie. Gdyby po powrocie z miasta odkrył, że moja mama odeszła, to by za nią pogonił. Na pewno nie złapałby za butelkę i nie upiłby się, wiedząc, że za parę godzin wrócę ze szkoły.
– Znowu wytarła ręce o spódnicę. – No i jeszcze ta kartka. To w ogóle niemożliwe, żeby się upił i potem napisał kartkę. Pisanie nie szło mu składnie, nawet jak był trzeźwy.
– Zostawił list pożegnalny?
– Policjanci tak to nazywali. Nigdy nie wierzyłam, żeby tata zostawił jakieś pismo, ale powiedzieli, że pasowało do jego podpisu na podaniu o pożyczkę w banku. Shibata- san od razu pokazał te papiery o pożyczkę.
– Czy widziała pani tę kartkę?
– Nie, ale powiedzieli mi, co na niej było. Jedno zdanie: „To zbyt wiele” i podpis taty.
– „To zbyt wiele” – powtórzyła Usagi z na­mysłem.
– Coraz dziwniejsza sprawa – stwierdził Mamoru.
– Ja tam nigdy w to nie wierzyłam, ale nikt nie chciał mnie słuchać, nawet jak ich błagałam, żeby pochowali tatę na cmentarzu. Wszyscy mnie żałowali. Lepiej się czuli, jak mnie mogli pogłaskać po głowie i współczuć biednej małej Kunie, której mama uciek­ła, a tata się powiesił. Ale nikt mnie nie chciał słuchać.
Usagi położyła dłoń na ręce starszej kobiety.
– Musiało być pani strasznie ciężko dorastać bez rodziców.
– Dałam sobie radę. – Kunie wyprostowała się na krześle.
Mamoru i Usagi wymienili spojrzenia, mówiące: „i co dalej?”. Mamoru niedostrzegalnie potrząsnął głową, pokazując, że też nie ma pojęcia. Kunie znowu skubała wstążkę przy krzaczku róży.
– Mówi pani, że drzewo wciąż tam jest?
– Tak – potwierdziła Usagi, z ulgą przyjmując dalszy ciąg rozmowy. – Rośnie na moim podwórku.
– Ale chyba… – Kunie przerwała i zamyśliła się.
– Tak? – Usagi chciała kontynuować konwersację.
– Chyba kwiatów już tam nie ma. Za dużo czasu upłynęło. – Pochyliła się, powąchała jedną z miniaturowych różyczek i spojrzała na blondynkę. – Moja ma­ma kochała kwiaty. Najbardziej róże. Przy oknie posadziła pnące róże, które pachniały całe lato.
Usagi przeszedł dreszcz. Róże za oknem, ich silny, słodki zapach… I dziecko o miłej buzi… Pobladła wyraźnie, aż Mamoru położył jej rękę na ramieniu.
– Usa?
Nie odpowiadając, zwróciła się do Kunie:
– Czy jako dziecko nosiła pani włosy w długich, kręconych lokach?
Kunie parsknęła śmiechem i poklepała się po włosach.
– Och nie, nie moje włosy. Mama próbowała je kręcić, żebym mogła wyglądać jak inne dziewczynki. Próbowała na lokówkach, na papilotach, na czym się dało. Ale to jakby próbować kręcić słomę. Więc w końcu zawsze wkładała mi na głowę garnek i ścinała włosy równo dookoła.
Usagi odetchnęła z ulgą. Po prostu zbieg okolicz­ności i zbyt aktywna wyobraźnia. Kunie znów się pochyliła, wąchając róże.
– Mieliśmy jeszcze kapryfolium i wistarię. Na wios­nę mama zawsze mówiła, że nasze podwórko pachnie jak ambrozja. A pszczoły uwijały się wokół całymi chmarami. Czasami buczały tak głośno jak piła elektryczna.
Usagi czuła, jakby mróz przenikał całe jej ciało. Objęła się ramionami.
– Pszczoły – szepnęła chrapliwie i odwróciła się ku brunetowi z lękiem wypisanym na twarzy. – To buczenie w moim śnie to były pszczoły.

Reklamy

6 thoughts on “Zabłąkane dusze. IX

  1. Znowu genialne!!! Jak ja się cieszę, że piszesz coś o Mamoru&Usagi 😀 świetna historia, nawet mnie przeszły ciarki w biały dzień 😉

  2. Z jednej strony ten duch mnie przeraża 😀 No bo ty w końcu duch 😛 Z drugiej… no kurcze, wiem, że to sytuacja poważna, ale kiedy Mamoru mówi o tych poszukiwaniach to widzę go w stroju ghostbusters i cała trwoga mi schodzi 😛 Jakby nie było, zrobiłaś ducha wyjątkowego- jednocześnie się go boję, żałuję i … kurcze, słowa mi brakuje- nie, że obśmiewam, ale… no wiesz o co chodzi 😛 Cała paleta wrażeń 😀

    A Mamoru… hm, no lubię go tutaj, podoba mi się ( 😀 ) , ale jednak wolę od Mamoru jego generałów (no, poza Zoisaite) 🙂

    Już myślałam, ze jej urwie trochę wistarii 😦 😛

    Zawsze musisz mnie czymś na łopatki rozłożyć 😀 Słowa dzisiejszego dnia to: kapryfolium 😛 Nigdy w życiu nie słyszałam 🙂 Rany, naprawdę jestem florystycznym ignorantem 😉

    Łatwiej mi się do takich drobiazgów w komentarzach odnosić, bo ogólne wrażenie mam jak wszyscy-cudownie i nie chce się powtarzać 🙂

  3. O rozdział! 😀
    Uwielbiam tę parkę 😀 a w Twoim wykonaniu to już w ogóle są genialni. I ta cała ich relacja i pociąg do siebie 😀 Mrrrr *>*
    A historia naprawdę stworzona od podstaw i bardzo przemyślana i trzymająca się ładu i składu. To ciekawe kto był świadkiem? Kim było małe dziecko, które wszystko widziało?
    Och chce już dalej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s