Wyrachowana miłość. XVII

Tydzień później, w niedzielę po południu, Rei znów upiekła ciasto kokosowe. Podśpiewywała sobie przy robocie. Nie wierzyła, że w tak krótkim czasie mogła się tak bardzo zmienić. Minął przecież zaledwie tydzień, jak zostali z Kei kochankami. Uśmiechnęła się, dała krok w tył i krytycznym okiem spojrzała na swoje najnowsze dzieło. Wypadło całkiem nieźle. Nawet lepiej. A może bardzo dobrze?

Zabrała ciasto ze stołu i zeszła na dół. Po drodze zawołała Oharu i Yo. Umówili się dziś na grilla. Oni zajęli się mięsem, Kei obiecał przynieść piwo, a ona zrobiła deser.

Yo był wysokim, siwym mężczyzną. Uśmiechnął się na jej widok.

– Czujesz ten zapach? – spytał. – To kurczak. Już mi ślinka leci.

– Kończysz już? – zapytała, bo też była głodna. Postawiła ciasto przed Oharu na ogrodowym stoliku.

– Jeszcze trochę – odparł Yo.

– Wspaniałe ciasto – pochwaliła ją Oharu.

Brunetka aż pokraśniała z dumy.

– Trening czyni mistrza – mruknęła.

– Zabiorę je do środka – zaproponowała Oharu. – Trochę za zimno, żeby jeść na dworze.

– Ech, wy dziewczyny – westchnął Yo. – Wciąż wam coś nie pasuje. A dziś jest całkiem znośna pogoda. A przy okazji, co z Kei? Miał przynieść piwo.

– Nie wiem, dlaczego go jeszcze nie ma – odparła czarnowłosa. – Wyraźnie mu powiedziałam, że spotykamy się o wpół do szóstej. – Spojrzała na drugą stronę ulicy.

Samochód Tamiko już zniknął. Przypomniała sobie, że dziewczyna wyszła dziś wcześniej niż zwykle. Dziwne, że Kei nadal nie przychodził. Zawsze był punktualny.

– Chyba tam pójdę i zobaczę, co się z nim dzieje.

Przeszła przez ulicę i zajrzała do ogrodu. Nikogo. Zadzwoniła dwa razy, lecz nikt jej nie otwierał. Zdenerwowana, nacisnęła klamkę. Drzwi były otwarte. Weszła do środka, stanęła tuż za progiem i zawołała głośno:

– Kei- chan!

Nic.

Weszła do kuchni i do garażu. Mercedes i jaguar stały na swoim miejscu.  Poszła na piętro i nagle usłyszała jakiś stłumiony huk i przekleństwo. Dźwięki dochodziły z gabinetu. Podbiegła do drzwi i zapukała.

– Kei!

Zapukała raz jeszcze i nacisnęła klamkę. W gabinecie panował półmrok, tylko na biurku paliła się mała lampka.

– Szlag by trafił! – krzyknął jasnowłosy i rzucił papierami o ścianę.

Kartki rozsypały się po całym pokoju. Rei aż jęknęła z przerażenia.

– Kei- chan! Co się stało?

Popatrzył na nią z wyrazem cierpienia na twarzy. Przesunął ręką po włosach, a potem desperackim gestem przycisnął obie dłonie do skroni.

– Nie dam rady! Nie takiego kogoś potrzebujesz, nie taki ktoś należy ci się od losu.

Zmęczonym ruchem osunął się na fotel, wsparł łokcie o biurko i ukrył twarz w dłoniach. Rei przyglądała mu się ze strachem. Co mu się stało? Był pijakiem? A może narkomanem? Wariatem? Nigdy przedtem nie widziała go w takim stanie, i to ją właśnie najbardziej przeraziło. Powróciły dawne wspomnienia ciężkich, ponurych przeżyć. W pierwszej chwili miała ochotę podbiec do niego i mu pomóc. Potem jednak coś ją powstrzymało. Zamajaczyła przed nią groźna sylwetka Tensu. Scenariusz zawsze się powtarzał: wybuch gniewu, prowadzący do rękoczynów, a potem pusty żal i obietnice bez pokrycia. Przeżyła to już dziesiątki razy.

Teraz miało być tak samo?

Nie, błagała w duchu. Tylko nie to… Nie on…

Podeszła do niego i przykucnęła koło biurka.

– Co się stało? – powtórzyła z niepokojem. Sekundy ciągnęły się bez końca.

Wreszcie Kei powoli uniósł głowę. Z rezygnacją popatrzył na brunetkę.

– Po prostu jestem beznadziejnie głupim idiotą.

– O czym ty mówisz? Nic nie rozumiem. Po co się złościsz? O co ci chodzi?

– Wpadłem po uszy. – Przesunął dłonią po twarzy, odchylił głowę w tył i wbił wzrok w sufit. – Tamiko musiała dzisiaj wcześniej wracać do chorego ojca, a Hiroe gdzieś wyjechała. Cholera, nikogo nie ma w niedzielę po południu! Do jutra rana muszę przebrnąć przez te wszystkie papiery i nie mogę. Siedzę tu już od dwóch godzin. Wiesz, ile przeczytałem? Dwie strony! Dwie parszywe, przeklęte strony. Wychodzi strona na godzinę.- Wybuchnął nieprzyjemnym śmiechem i potarł czoło. – To się nazywa łeb nie od parady!

– Znowu cię boli głowa?

– Jakby mi ktoś tam nawbijał gwoździ.

– A gdzie masz aspirynę?

– Tutaj. – Wyciągnął górną szufladę biurka i wyjął tabletki. – Nic nie pomaga. Wziąłem już chyba pół garści.

Rei wstała.

– Może mój masaż okaże się skuteczniejszy. – Położyła mu ręce na ramionach, ale on chwycił ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie.

– Tygrysku, Bóg mi świadkiem, że prędzej wolałbym smagać diabła rózgą, niż sprawić ci przykrość, ale musisz coś wiedzieć – zaczął na pół żartobliwym, na pół zrozpaczonym tonem. – Nosiłem się z tym od dawna i dłużej już nie wytrzymam. Nie chcę, żeby między nami były jakieś tajemnice. Musisz znać całą prawdę.

Wziął głęboki, bolesny oddech. Rei przypatrywała mu się z rosnącym zdenerwowaniem. Co takiego chciał jej powiedzieć? Najdziwaczniejsze myśli z szybkością błyskawicy przelatywały jej przez głowę. Może miał żonę? Może cierpiał na jakąś potworną zakaźną chorobę? A może był zboczeńcem?

– To… coś złego? – wyjąkała z trudem.

– Bardzo złego – przytaknął z powagą.

Miała ochotę zatkać uszy i uciec z pokoju. Z trudem zmusiła się, żeby zachować spokój.

– O co chodzi? – spytała półgłosem.

W gabinecie zrobiło się tak cicho, że słyszała tykanie zegarka.

– Nie potrafię czytać.

Napięcie opadło. Brunetka roześmiała się.

– Oczywiście, że nie potrafisz! Nikt nie mógłby się skupić z takim bólem głowy! – zawołała wesoło i pocałowała go w czoło. – Moje biedne maleństwo…

Chwycił jej dłonie i spojrzał jej prosto w oczy.

– Posłuchaj mnie, to nie ma nic wspólnego z bólem. Prawda jest taka, że od jakieś czasu w ogóle nie potrafię czytać.

Popatrzyła na niego z osłupieniem.

– Chcesz mi powiedzieć, że jesteś analfabetą?

– Po prostu od dwóch lat nie potrafię patrzeć na jakikolwiek tekst, litery tańczą mi przed oczami.

– Twoi rodzice wiedzą o tym?

– Nie. Wstyd mi było przyznać się rodzinie.- Uciekł od niej wzrokiem.

– Kei- chan, spójrz na mnie. Przecież znamy się nie od dzisiaj. To nie jest żaden powód do wstydu. Jesteś po prostu chory.

Przytuliła go mocno do siebie.

– Tym razem jednak przesadziłem – szepnął. – Nie wiedziałem, że członek komisji musi aż tyle czytać.

– A zatem Tamiko, Hiroe i wszystkie inne dziewczyny przychodzą tutaj, żeby ci czytać na głos?

– Tak. Są przekonane, że mam jakieś przejściowe kłopoty ze wzrokiem. Już ci mówiłem, całkiem nieźle potrafię udawać.

– A naprawdę byłeś u okulisty?

Skinął głową.

– Tak. Nic mi nie jest. W ostatnich latach po kryjomu zatrudniałem nawet specjalistów, ale nic to nie dało. Litery zlewają mi się przed oczami i biegają po całej stronie. Boże, jak mogłem ci to powiedzieć! – wybuchnął nagle. – Czuję się jak szmata…

– Nie wygłupiaj się. Niedługo będę doktorem psychologii. Podejrzewam, że to po prostu ma związek ze nadwrażliwością na światło. Odpowiednie badania dadzą nam właściwą odpowiedź.

– Co to takiego? I jakie badania?

– Badania potwierdzające, że twoja rogówka jest w jakieś części uszkodzona.

– Super – westchnął. – Lepiej się czułem jako zwykły idiota.

Rei nie przestawała się uśmiechać.

– Nie zachowuj się jak dziecko, przecież to nic nie boli.– Wstała i podeszła do ściany. – Zapalę światło.

– Zdecydowanie wolę, jak jest ciemniej – mruknął i zmrużył oczy.

– Hmm… – zamyśliła się. Wydawało jej się że znalazła właściwe rozwiązanie. Bóle głowy, tańczące litery, wrażliwość na światło… – Dlatego ciągle nosisz ciemne okulary?

-Tutaj, latem wszyscy je noszą.

– Lepiej będzie, jak porozmawiam z Yasu.

– Kto to jest?

– Moja przyjaciółka ze studiów. Pisała pracę doktorską na ten temat. Jest naprawdę dobra w swoim fachu. Poproszę ją, żeby cię zbadała.

Kei popatrzył na nią nieszczęśliwym wzrokiem.

– To nic nie boli – zapewniła go, jakby zwracała się do dziecka. – A przy okazji, jak tam twoja głowa?

– Znacznie lepiej. Prawie mi przeszło. Prawda bywa najlepszym lekarstwem dla ciała i duszy. Lecz w dalszym ciągu czuję się jak dureń.

– Niby dlaczego? Na szczęście to nie jest zaraźliwe. Zlękłam się w pierwszej chwili, że jesteś na coś chory.

Skrzywił się.

– Nic z tych rzeczy.

– To dobrze. A teraz chodźmy, zanim Oharu i Yo zjedzą wszystko. Po powrocie przeczytam ci resztę dokumentów. Pewnie przydadzą ci się na jutro.

Kei wstał.

– Wszystko, co tylko powiesz.

– Weź piwo i idziemy.

Poszli do kuchni. Kei wyciągnął z lodówki dwa kartony. Postawił je na stole, wziął brunetkę w ramiona i gorąco pocałował.

– Wiesz, że jesteś wyjątkową dziewczyną? – spytał. – Ciągle mnie czymś zaskakujesz.

– Nie przesadzaj.

– Ani mi to w głowie. Bałem się jak diabli, że mnie porzucisz, a ty… ty…

– Nie wygłupiaj się. Przecież to nic wstydliwego. Na pewno znajdzie się jakaś rada.

Znowu ją pocałował.

– Lepiej już chodźmy – powiedział z ociąganiem.

– Święte słowa. Grill czeka, a poza tym upiekłam ciasto. Dużo lepsze niż przedtem.

Roześmiał się i zabrał piwo.

– Gdzie Noun?

– Och, prawie o nim zapomniałem. Na pewno siedzi w przedpokoju i obgryza mi buty.

– Pozwalasz na to?

– Dlaczego nie? Skoro to lubi? A butów mi nie brakuje. Na każdą okazję mam inne.

– Wariat! – zaśmiała się i klepnęła go w tyłek.

– Ależ droga pani! – zawołał. – Co to za poufałość? – Cmoknął ją w policzek. – Poczekaj, tylko poskromię zwierzaka i ruszamy w drogę.

Nakarmił zgłodniałego psa, nalał mu świeżej wody i wreszcie poszli. Zapadał zmrok. W oddali widać było Oharu i Yo, którzy czekali na nich na werandzie.

– Tygrysku – cicho odezwał się Kei. – Nie powiesz im o mojej przypadłości?

– Ani mru-mru – obiecała. – Porozmawiam wyłącznie z Yasu.

  ~

We wtorek po południu Kei niespokojnie krążył po uniwersyteckim korytarzu, czekając na czarnowłosą. Buty go piły, a krawat uwierał w szyję. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje. Z desperacją wsunął ręce do kieszeni. Wreszcie przez otwarte drzwi sali wykładowej wysypał się tłumek studentów. Kei popatrzył na nich ze zdumieniem. Od kiedy na uczelnie przyjmuje się dzieci? Albo to on się zestarzał… A tak w ogóle, jak oni się ubierają?!

Wsunął głowę do sali. Rei wciąż rozmawiała z kilkoma studentkami. Jedna z nich zerknęła w jego stronę, trąciła drugą łokciem i obie się roześmiały.

Tak, tak, był już bardzo stary.

Po paru minutach chichotki odeszły. Rei przywitała go z uśmiechem.

– Podobasz im się – powiedziała.

– To znaczy komu? – spytał.

– Tym dwóm ładnym śmieszkom. – wyjaśniła.

Sprawiło mu to wielką przyjemność.

– Tylko za wiele sobie nie wyobrażaj – natychmiast upomniała go. – Jesteś dla nich za stary.

– Sam o tym wiem. Czuję się, jakbym miał co najmniej sto trzy lata. Yasu- san wciąż na nas czeka?

Rei skinęła głową i spojrzała na zegarek.

– Pewnie już jest w laboratorium. Denerwujesz się?

– Nie, skądże. Sprawdzam tylko, czy mam smaczne paznokcie.

Roześmiała się i wzięła go pod rękę.

– Chodź, przedstawię cię. A tak przy okazji, świetnie wyglądasz w tym szarym garniturze.

Kei zerknął na siebie.

– Zazwyczaj wkładam go na ważniejsze posiedzenia. Przyjechałem tutaj prosto z biura. Zostaniesz ze mną podczas badań?

– A chcesz, żebym została?

– Sam nie wiem – przyznał. – Trochę się boję, a z drugiej strony wołałbym, żebyś nie widziała mojego poniżenia.

– Zapytamy Yasu.

Poszli do sali piętro wyżej. Rei przedstawiła mu niską dziewczynę z szopą rudych włosów. Kobieta uśmiechnęła się na powitanie i uścisnęła mu dłoń jak mężczyzna. Miała niezłą krzepę. Rozmawiali przez krótką chwilę o wszystkim i o niczym. Potem zaproponowała, żeby Rei wróciła za dwie godziny.

– Najlepiej jedź do domu – zaproponował jasnowłosy. – Po co będziesz czekać w jakimś barze? Zajrzę do ciebie po powrocie.

– Na pewno?

– Na pewno. – Mrugnął do niej okiem. – I dziękuję.

– Zdejmij marynarkę – powiedziała Yasu po wyjściu brunetki. – Odpręż się. Obiecuję, że nic nie będzie bolało. Chcesz może wody?

– Bardzo proszę. – Zdjął marynarkę i krawat, podwinął rękawy koszuli.

Rudowłosa podała mu szklankę. Wychylił ją jednym haustem.

– Zdenerwowany?

– A to widać?

Roześmiała się i kazała mu usiąść w fotelu. Najpierw zadała mnóstwo pytań. Odpowiedzi zanotowała w specjalnym formularzu. Potem podsunęła mu tekst do przeczytania. Chwilę później usiadł przy specjalnej maszynie, która badała rogówkę oka. Rudowłosa znów o coś spytała. Kei westchnął ciężko. Zaczęła go boleć głowa. Yasu zastanawiała się przez dłuższą chwilę. Kilkakrotnie zerknęła w notatki. Wzięła papierową teczkę i wyjęła z niej kilka kolorowych folii.

– Moim zdaniem Rei ma rację – powiedziała. – Masz uczulenie na światło. Ściśle mówiąc, na pewne fragmenty widma.

– To bardzo groźne?

Roześmiała się.

– Zaraz to sprawdzimy. – Położyła na biurku gęsto zapisaną kartkę.

– Przeczytaj to.

Przesylabizował mozolnie trzy lub cztery słowa. Litery tańczyły mu przed oczami. Yasu zakryła kartkę kolorową folią.

– Spróbuj raz jeszcze – zaproponowała.

Wyszło tak jak poprzednio. Próbowała innych kombinacji. Wreszcie na fioletową folię nałożyła ciemnozieloną.

– A teraz? – zapytała.

Kei popatrzył na nią zupełnie zniechęcony, westchnął ciężko i spojrzał na kartkę. Uniósł wzrok na nią i znów zerknął na litery.

– A niech mnie szlag trafi! – szepnął.

– Co się stało?

– Nic się nie rusza! Wszystko widzę wyraźnie jak na dłoni. A niech mnie szlag trafi! – powtórzył oniemiały.

Uśmiechnął się. Reszta spotkania poszła jak po maśle. Na sam koniec Yasu wręczyła mu kilka folii.

– Używaj ich do czytania – doradziła. – Powinieneś także nosić okulary o specjalnie barwionych szkłach. Wprawdzie są drogie, lecz efekty przejdą twoje najśmielsze oczekiwania. – Wręczyła mu jakąś listę. – To spis pracowni okulistycznych, w których znajdziesz odpowiednie filtry.

– Yasu- san – szepnął. – Nawet nie wiesz, co to dla mnie znaczy… – Chrząknął dwa razy. Cholera! Jeszcze chwila i rozbeczałby się jak małe dziecko. – To cud…

Uśmiechnęła się.

– Nieprawda. Cieszę się, że nam się udało.

– Dziękuję z całego serca. Powiedz, w jaki sposób mógłbym ci się odwdzięczyć? Niepotrzebna ci jakaś dotacja albo coś takiego?

– Dobrze wiesz, jak to bywa na naszych uczelniach.

Wyjął książeczkę czekową, wypisał pokaźną sumę i wręczył jej czek.

Szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

– Chyba się pomyliłeś – wyjąkała. – Nie mogę tego przyjąć. To za dużo!

– Przecież to tylko kropla w morzu potrzeb. Nigdy nie zdołam ci w pełni zapłacić za to, co dla mnie zrobiłaś. Nie odmawiaj.

Serdecznie uścisnął jej dłoń i wybiegł na korytarz. Rei siedziała tuż za drzwiami. Popatrzył na nią z uwielbieniem. Czekała…

– Wciąż tu jesteś? – spytał z radosnym uśmiechem.

Odpowiedziała mu tym samym.

– Sam widzisz. Jaki werdykt?

– Niewinny. – Porwał ją w ramiona, uniósł i zakręcił w kółko. – Nie jestem skończonym idiotą! Od dzisiaj będę miał naprawdę kolorowe życie! Uwierzysz w to? Jestem wyleczony! – Pokazał jej kopertę, którą przed chwilą dostał od rudowłosej. – Tu są zielone i fioletowe filtry. Kiedy położę je na kartce, mogę normalnie czytać! – Roześmiał się na całe gardło. – Jedziemy do domu. Trzeba to uczcić. Po drodze kupimy szampana!

  ~

Rei cierpliwie czekała w swoim mieszkaniu. Mniej więcej przed godziną rozstała się z Kei. Pojechał po zakupy. Uśmiechnęła się do siebie. Jeszcze nigdy nie widziała go tak szczęśliwego. Czyjeś kroki rozległy się na schodach.

– Otwórz! – krzyknął Kei. – Mam zajęte ręce!

Spełniła jego polecenie. Stał w progu z całym naręczem kwiatów, czerwonych i żółtych róż, wspaniałych lilii i nakrapianych orchidei.

– Wielkie nieba! Wykupiłeś całą kwiaciarnię?

– Prawie. Najpierw kupiłem róże, a potem przypomniałem sobie, że uwielbiasz lilie.

Roześmiała się.

– Piękne. Cudowne.

– Kupiłbym ich o wiele więcej, ale tylko tyle zdołałem udźwignąć. – Pocałował ją. – Znajdź jakiś wazon. I pospiesz się, bo te kolce okropnie kłują.

Chwilę trwało, zanim udało jej się zgromadzić odpowiednią liczbę rozmaitych naczyń.

– Bardzo dziękuję – wysapała, kiedy już uporali się z kwiatami.

Jasnowłosy objął ją za ramiona.

– Wiem, wiem, trochę przesadziłem. Ale z drugiej strony żadne skarby świata nie są w stanie ci wynagrodzić tego, co dla mnie zrobiłaś.

Wyjął z kieszeni małe pudełeczko, owinięte w złoty papier.

– To też dla ciebie.

Brunetka zmarszczyła czoło.

– Kei…

– Chociaż raz daruj sobie tę starą śpiewkę. Zawsze się boczysz, kiedy próbuję ci coś ofiarować. Ale zrozum, ten dzień jest dla mnie wyjątkowy, więc nie odmawiaj. Proszę, kochanie. To ty sprawiłaś, że się stałem zupełnie innym człowiekiem.

Spoglądał na nią z taką czułością, że nie umiała mu odmówić. Serce jej zmiękło.

– No dobrze. – Rozwinęła papier i otworzyła pudełeczko. W środku coś błysnęło. Zobaczyła parę brylantowych kolczyków. Były ogromne.

– Och, naprawdę przesadziłeś. Nie mogę tego przyjąć. Przecież to kosztowało…

– Za późno. Już się zgodziłaś. Włóż je i pójdziemy na kolację z szampanem. Pamiętasz tę restaurację na przedmieściach, o której ci kiedyś wspominałem? Tę, w której można zjeść dosłownie wszystko. Mają dziczyznę i takie lody, że jak ich spróbujesz, to zaraz zapomnisz o całym bożym świecie.

Nie protestowała dłużej. Nie chciała mu psuć zabawy. Zdjęła stare kolczyki i nałożyła nowe. Przez chwilę przyglądała się sobie w lustrze, a potem odwróciła się w stronę Kei.

– Cudownie – powiedział z dumą. – Jesteś stworzona do brylantów.

Wyjął z kieszeni jeszcze jedną paczuszkę. Ta była dłuższa i węższa.

– Proszę.

– Nie.

– Ależ, tygrysku…

– Nie. Nic z tego. Kolczyki to i tak za dużo.

Przytulił się i potarł nosem o jej policzek.

– Nawet nie spojrzysz, co jest w środku?

– Nie. Wiem, że to jeszcze jeden zwariowany i piekielnie drogi prezent.

– A jak ci powiem, że to tylko wieczne pióro? – Delikatnie chwycił ją zębami za ucho.

– Nie uwierzę. Poza tym miałeś mnie zabrać na kolację. Umieram z głodu.

– Zaraz to załatwimy. Weź płaszcz. Na dworze jest bardzo zimno.

Kei zachowywał się dosłownie jak dziecko. Z dumą i wielkim namaszczeniem wyjął kolorowe filtry i położył je na jadłospisie.

– Spójrz tylko, mogę bez trudu przeczytać każde słowo. Chcesz grzechotnika czy pieczeń z dziczyzny?

Rei tylko zmarszczyła zgrabny nosek.

– Możesz uwierzyć mi na słowo – kusił dalej – że wszystko tu jest bardzo smaczne. Wprost palce lizać. Może sarninę?

– Mam jeść Bambi?

– Wybacz, kochanie. Mała pomyłka. A co powiesz na aligatora? Albo kaczkę? W grancie rzeczy niewiele różni się od kurczaka.

– Sam coś wybierz i powiedz to kelnerowi na ucho, żebym nic nie usłyszała.

Roześmiał się, ale w końcu tak zrobił. Złożył zamówienie i wzniósł toast kieliszkiem szampana.

– Za niezwykłą kobietę i za przyszłość – powiedział.

– Za nowe horyzonty – dodała z powagą brunetka. Gdy wypili, Kei z kieliszkiem w dłoni przypatrywał jej się przez dłuższą chwilę.

– Co się stało? – spytała w końcu.

– Właśnie pomyślałem, że jesteś bardzo mądra. I piękna. I to, że cię kocham.

Wstrzymała oddech i szybko spojrzała w inną stronę. Tego nie było w planie. Nie chciała żadnych deklaracji i zobowiązań.

– Tygrysku, nie patrz w ten sposób na mnie.

– To znaczy w jaki?

– Jakbyś miała za chwilę uciec. Do niczego nie będę cię zmuszał. Powiedziałem jedynie prawdę. Widzisz, bo ja tak to czuję.

Upiła łyk szampana.

– Kiedy pójdziesz do okulisty, żeby zamówić odpowiednie szkła?

Westchnął cicho.

– Z samego rana tam zadzwonię. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy włożę takie okulary.

Uszanował jej ciche życzenie i do końca kolacji nie wspomniał o miłości. Nie zrobił tego nawet wówczas, gdy wieczorem wśliznął się do jej łóżka. W domu dominował zapach róż, lilii i storczyków. Czas płynął im leniwie. Zasnęli dopiero nad ranem.

– Tygrysku – szepnął. Rei powoli wracała z krainy sennych marzeń. – Niestety, już ranek. Muszę iść do pracy.

Uśmiechnęła się i nie otwierając oczu, pomachała mu na pożegnanie. Parsknął śmiechem i pocałował ją w szyję.

– Nastawię ci budzik – powiedział.

Znów zasnęła. Obudził ją dopiero głośny terkot. Po omacku wyłączyła budzik i przetoczyła się na brzuch, wsuwając ręce pod poduszkę. Palcami wyczuła coś twardego. Ciekawe, co to? Sięgnęła głębiej. Coś długiego. Uniosła się na łokciach. Wąska paczuszka w złotym opakowaniu. Odgarnęła włosy z oczu. Miała ochotę sprawdzić, co jest w środku.

Nie, obiecała sobie w duchu. Nie wolno.

Zdecydowanym ruchem odłożyła prezent na stolik i poszła do łazienki umyć zęby. Ciągle jednak dręczyła ją ciekawość. Wyjrzała przez szparę w drzwiach. Paczuszka wciąż leżała tam, gdzie ją zostawiła.  Ubrała się. Usiłowała nie myśleć o podarku, ale zabrała go do kuchni, kiedy tam poszła zrobić kawę. Trwało to niemal całą wieczność. Rei oparła się o blat kredensu. Co i raz spoglądała na małe zawiniątko.

– A niech to diabli! – zawołała wreszcie i jednym ruchem zdarła złoty papier.

Otworzyła pudełeczko i aż jęknęła z cicha. W środku leżała bransoletka wysadzana brylantami. Co najmniej pięć karatów. Do zameczka doczepiona była maleńka złota płytka z jakimś napisem. Uniosła ją do światła i odczytała dwa krótkie słowa:

Kocham cię.

Z płaczem osunęła się na podłogę.

Też go kochała.

Reklamy

7 thoughts on “Wyrachowana miłość. XVII

  1. no w końcu powiedział… myślałam, że wciąż będzie z tym zwlekał 🙂
    przyjemny rozdział to pewnie kolejny nie będzie już taki przyjemny… ale i tak czekam z niecierpliwością 🙂

  2. W końcu Kei odważył się wyznać prawdę Rei 😀 Bardzo się cieszę, że ta cała historia ze wzrokiem skończyła się dobrze… Zastanawiam się teraz co takiego może wydarzyć się w kolejnym rozdziale 😀 Pozdrawiam i życzę dużo weny 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s